piątek, 17 czerwca 2011

Abyśmy byli dobrzy, jak chleb...

Szczęść Boże! Dzisiaj patronuje nam Święty Brat Albert Chmielowski - postać pod każdym względem niezwykła. Zapraszam do refleksji nad Jego życiem i postawą! 
           Gaudium et spes! Ks. Jacek

Wspomnienie Św. Alberta Chmielowskiego, Zakonnika,
do czytań z t. VI Lekcjonarza:  1 Kor 1,26–31;  Mk 10,17–30
Patron dnia dzisiejszego, Adam Chmielowski, urodził się 20 sierpnia 1845 roku w Igołomii pod Krakowem. Sześć dni później, na Chrzcie Świętym „z wody” dano mu imiona Adam Bernard. W czasie uroczystego Chrztu, w dniu 17 czerwca 1847 roku, w warszawskim kościele Matki Boskiej na Nowym Mieście, dodano jeszcze imię Hilary.
Pochodził z zubożałej rodziny ziemiańskiej. Gdy miał sześć lat, matka w czasie pielgrzymki do Mogiły poświęciła małego Adama Bogu.Kiedy miał lat osiem, umarł jego ojciec, sześć lat później zmarła matka. Chłopiec kształcił się w szkole kadetów w Petersburgu, następnie w gimnazjum w Warszawie, a potem studiował w Instytucie Rolniczo – Leśnym w Puławach. Razem z młodzieżą tej szkoły wziął udział w Powstaniu Styczniowym. 30 września 1863 roku został ciężko ranny w bitwie pod Mełchowem i dostał się do niewoli rosyjskiej. W prymitywnych warunkach polowych, bez środków znieczulających,amputowano mu nogę, co zniósł niezwykle mężnie. Miał wtedy osiemnaście lat.
Przez pewien czas przebywał w więzieniu w Ołomuńcu, skąd został zwolniony dzięki interwencji rodziny. Aby uniknąć represji władz carskich, wyjechał do Paryża, gdzie podjął studia malarskie, potem przeniósł się do Belgii i studiował inżynierię, lecz powrócił wkrótce do malarstwa i ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Monachium. Wszędzie, gdzie przebywał, wyróżniał się postawą chrześcijańską, a jego silna osobowość wywierała duży wpływ na otoczenie.
Po ogłoszeniu amnestii w 1874 roku powrócił do kraju. Zaczął poszukiwać nowego ideału życia, wyrazem czego stało się jego malarstwo. Oparte dotychczas na motywach świeckich, zaczęło teraz czerpać natchnienie z tematów religijnych. Jeden z jego najlepszych obrazów – „Ecce Homo” – jest owocem głębokiego przeżycia tajemnicy bezgranicznej miłości Boga do człowieka. Bez wątpienia duże znaczenie w życiu duchowym Adama Chmielowskiego miały rekolekcje, które odbył u ojców jezuitów w Tarnopolu.
W 1880 roku nastąpił duchowy zwrot w jego życiu. Będąc w pełni sił twórczych porzucił malarstwo i liczne kontakty towarzyskie, i mając trzydzieści pięć lat wstąpił do nowicjatu jezuitów w Starej Wsi z zamiarem pozostania bratem zakonnym. Po pół roku, w stanie silnej depresji, opuścił nowicjat. Do stycznia 1882 roku leczył się w zakładzie dla nerwowo chorych. Następnie przebywał u swojego brata na Podolu, gdzie w atmosferze spokoju i miłości powrócił całkowicie do równowagi psychicznej.
Zafascynowała go duchowość Świętego Franciszka z Asyżu, zapoznał się z regułą III zakonu i rozpoczął działalność tercjarską, którą pragnął upowszechnić wśród podolskich chłopów. Wkrótce ukaz carski zmusił go do opuszczenia Podola. W 1884 roku przeniósł się do Krakowai zatrzymał się przy klasztorze kapucynów. Pieniędzmi ze sprzedaży swoich obrazów wspomagał najbiedniejszych. Jego pracownia malarska stała się przytuliskiem. Tutaj zajmował się nędzarzami i bezdomnymi, widząc w ich twarzach sponiewierane oblicze Chrystusa. Poznał warunki życia ludzi w tak zwanych ogrzewalniach miejskich Krakowa. Był tokolejny moment przełomowy w życiu zdolnego i cenionego malarza.
Z miłości do Boga i ludzi Adam Chmielowski po raz drugi zrezygnował z kariery i objął zarząd ogrzewalni dla bezdomnych.Przeniósł się tam na stałe, aby mieszkając wśród biedoty, pomagać im w dźwiganiu się z nędzy – nie tylko materialnej, ale i moralnej. 25 sierpnia 1887 roku Adam Chmielowski przywdział szary habit tercjarski i przyjął imię brat Albert. Dokładnie rok później złożył śluby tercjarza na ręce Kardynała Albina Dunajewskiego. Ten dzień jest jednocześniepoczątkiem działalności Zgromadzenia Braci III Zakonu Świętego Franciszka Posługujących Ubogim, zwanego popularnie „albertynami”.
Zgromadzenie to przejęło od zarządu miasta opiekę nad ogrzewalnią dla mężczyzn przy ulicy Piekarskiej w Krakowie. W niecały rok później brat Albert wziął również pod swoją opiekę ogrzewalnię dla kobiet, a grupa jego pomocnic, którymi kierowała siostra Bernardyna Jabłońska, stała się zalążkiem „albertynek”. Formacja dla kandydatów i kandydatek do obu zgromadzeń organizowana była w domach pustelniczych. Najbardziej znanym stała się tak zwana „Samotnia” na Kalatówkach pod Zakopanem. Nowicjat był surowy, aby wcześniej mogły wycofać się jednostki słabsze. Do trudnej pracy potrzeba bowiem było ludzi wyjątkowo zahartowanych – zarówno fizycznie jak i moralnie.
Przytuliska znajdujące się pod opieką albertynów i albertynek byłyotwarte dla wszystkich potrzebujących, bez względu na narodowość czy wyznanie. Wszystkim zapewniano pomoc materialną i moralną, stwarzano chętnym możliwości pracy i samodzielnego zdobywania środków utrzymania.
Sam zaś Albert był człowiekiem rozmodlonym i pokutnikiem.Odznaczał się heroiczną miłością bliźniego, dzieląc los z najuboższymi i pragnąc przywrócić im godność. Pomimo swego kalectwa – wiele podróżował, zakładał nowe przytuliska, sierocińce dla dzieci i młodzieży, domy dla starców i nieuleczalnie chorych oraz tak zwany „kuchnie ludowe”. Za jego życia powstało dwadzieścia jeden takich domów. Przykładem swego życia Brat Albert uczył współbraci i współsiostry, że trzeba być „dobrym jak chleb”. Zalecał też przestrzeganie krańcowego ubóstwa, które od lat wielu było również jego udziałem.
Zmarł w opinii świętości, wyniszczony ciężką chorobą i trudami życia w przytułku, który założył dla mężczyzn, 25 grudnia 1916 roku w Krakowie. Pogrzeb na Cmentarzu Rakowickim 28 grudnia 1916 roku stał się pierwszym wyrazem czci powszechnie mu oddawanej. Błogosławiony Jan Paweł II beatyfikował go 22 czerwca 1983 roku na Błoniach krakowskich, a kanonizował 12 listopada 1989 roku w Watykanie.
          I tenże Jan Paweł II, jeszcze jako Kardynał Karol Wojtyła, z okazji pięćdziesiątej rocznicy śmierci dzisiejszego Patrona, tak mówił w homilii:„Brat Albert Chmielowski – była to natura bardzo bogata, wszechstronnie uzdolniona. Zapowiadał się jako znakomity malarz, był ceniony przez wszystkich mistrzów pędzla, którzy na zawsze pozostaną w pamięci naszego narodu jako przedstawiciele wielkiej sztuki. Wiemy, że była to jeszcze i dlatego natura bogata, że nie szczędził siebie. Dał tego dowód, gdy jako niespełna dwudziestoletni młodzieniec wziął udział w Powstaniu Styczniowym. Wszystko postawił na jedną kartę dla miłości Ojczyzny. Miłość Ojczyzny wypaliła na nim dozgonny stygmat: pozostał kaleką do śmierci, zamiast własnej nogi, nosił protezę.
Ponad to bogactwo natury uderza w nim przede wszystkim bogactwo łaski. Łaska Boża, to jest sam Bóg udzielający się człowiekowi, przelewający się niejako do jego duszy. Im bardziej Bóg udziela się duszy, im bardziej się do niej przelewa przez dary Ducha Świętego, tym bardziej rzuca ją na kolana. Tak właśnie na kolana rzucona została dusza Adama Chmielowskiego przed niewypowiedzianym majestatem Boga, świętością i miłością Boga.
Ale Bóg w przedziwny sposób działa w dziejach człowieka. Oto rzucając go przed sobą na kolana, każe mu równocześnie uklęknąć przed jego braćmi, bliźnimi. Tak właśnie stało się w życiu Brata Alberta: rzucony na kolana przed majestatem Bożym, upadł na kolana przed majestatem człowieka, i to najbiedniejszego, najbardziej upośledzonego,przed majestatem ostatniego nędzarza!
       Może to porównanie jest wstrząsające, w naszych czasach nie widzimy takich drastycznych zestawień, tak krzyczącej nędzy, tak jawnego upokorzenia człowieka. Jest jednak i dzisiaj wiele zestawień pozornie mniej rażących, a jednak nie mniej rażących. Jest dużo ludzkich potrzeb, wiele wołania o miłosierdzie – czasem w sposób dyskretny, niedosłyszalny. Iluż jest jeszcze ludzi chorych i opuszczonych w swoich chorobach, bez żadnej opieki? Iluż jest jeszcze ludzi starych, przymierających głodem i tęskniących za sercem? Ile jest trudnej młodzieży, która w dzisiejszej atmosferze życia nie znajduje dla siebie moralnego oparcia?
Miłosierdzie i chrześcijaństwo jest wielką sprawą naszych dni.Jeżeliby nie było miłosierdzia, nie byłoby chrześcijaństwa: to jest jedno i to samo. W służbie miłosierdzia nawet fundusze nie są najważniejsze, nawet domy, zakłady i szpitale nie są najważniejsze, chociaż są to środki niezbędne. Najważniejszy jest człowiek! Trzeba świadczyć swoim człowieczeństwem, sobą. Tutaj Brat Albert jest dla nas nieporównanym wzorem.” Tyle Kardynał Wojtyła.
A my, słuchając czytań mszalnych, przeznaczonych na dzisiejsze wspomnienie, i mając na uwadze świadectwo życia i świętości Alberta Chmielowskiego, lepiej zapewne rozumiemy słowa Jezusa,wypowiedziane do bogatego człowieka, który – jakkolwiek zachowywał wszystkie przykazania – nie czuł się w pełni szczęśliwy. Jezus poradził mu wówczas: Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. A dlaczego akurat tak? Bo – jak pisze dzisiaj Paweł do Koryntian – Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców. Wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć. I to, co nie jest szlachetnie urodzone według świata i wzgardzone; i to, co nie jest – wyróżnił Bóg, by to, co jest, unicestwić, tak by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga.
Święty Brat Albert Chmielowski jest dla nas wszystkich, Kochani, wspaniałym wzorem owego sprzedania wszystkiego, co się ma – a on miał bardzo dużo: dużo talentów, kontaktów, możliwości… Wszystko to oddał, aby – jak mówił Kardynał Wojtyła – klęknąć „przed majestatem ostatniego nędzarza”. Niech nas uczy dostrzegania Chrystusa w każdym człowieku!
W tym kontekście zastanówmy się:
  • Czy nikim nie pogardzam?
  • Czy swoich kontaktów z ludźmi nie uzależniam jedynie od korzyści, jakie spodziewam się zyskać?
  • Czy swoje talenty, umiejętności i posiadane dobra mam wyłącznie dla siebie, czy po to, by innym służyć?
Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego!

1 komentarz:

  1. Ano właśnie x Jacku , jak to tak naprawdę jest z naszymi czynami....
    Czy nasze czyny są dobre?
    jakie sa ich intencje, uzasandnienia, powody z których nasze czyny płyną. Dlaczego to robimy ?
    Dlaczego się usmiechamy, chodzimy do Kościoła, pomagamy bliźnim....
    Dlatego, że może na coś liczymy, oczekujemy czegoś, załatwiamy kolejne interesy, bo nas będą za to obnosić na ustach jako dobrych ludzi ?
    Czy czynimy to z bezinteresownej miłości do drugiego Człowieka, do Boga...
    Dobre pytanie na ''śniadanie''
    Myślę, że każdy z nas powinien postawić sobie to niby proste pytanie ''dlaczego ? ''...
    Pytanie proste, ale czy odpowiedź będzie równie prosta , i prawdziwa ?

    Pozdrawiam Gość - A


    ~Gość - A, 2011-06-17 08:37

    ,,dlaczego?'' - bo człowiek z natury jest dobry...




    ~Urszula, 2011-06-17 20:26

    Zgadzam się z odpowiedzią Urszuli. Ale myślę, że na pytania, postawione przez Gościa każdy musi odpowiedzieć sam, w swoim sumieniu. Tutaj nikt nikogo nie może wyręczyć. I bardzo ważne, aby była to odpowiedź szczera. Zresztą - inna nie ma sensu!


    ~Ks. Jacek, 2011-06-18 10:11

    OdpowiedzUsuń