niedziela, 20 stycznia 2019

Oddać inicjatywę Jezusowi!


Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Moi Drodzy, w dniu dzisiejszym imieniny przeżywają:
Ojciec Sebastian Wiśniewski, oblat, Przełożony Wspólnoty zakonnej w Kodniu;
Sebastian Karczewski, mój znajomy Redaktor „Naszego Dziennika”;
Sebastian Kucharski, za moich czasów – Lektor w Celestynowie.
Życzę Solenizantom nieustannej, stale wzmacniającej się – więzi z Jezusem! Zapewniam o modlitwie.
A Wszystkim życzę pięknie przeżytej niedzieli! Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen
Gaudium et spes! Ks. Jacek

2 Niedziela zwykła, C,
do czytań: Iz 62,1–5; 1 Kor 12,4–11; J 2,1–12

CZYTANIE Z KSIĘGI PROROKA IZAJASZA:
Przez wzgląd na Syjon nie umilknę, przez wzgląd na Jerozolimę nie spocznę, dopóki jej sprawiedliwość nie błyśnie jak zorza i zbawienie jej nie zapłonie jak pochodnia.
Wówczas narody ujrzą twą sprawiedliwość i chwałę twoją wszyscy królowie. I nazwą cię nowym imieniem, które usta Pana oznaczą.
Będziesz prześliczną koroną w rękach Pana, królewskim diademem w dłoni twego Boga.
Nie będą więcej mówić o tobie „Porzucona”, o krainie twej już nie powiedzą „Spustoszona”. Raczej cię nazwą „Moje w niej upodobanie”, a krainę twoją „Poślubiona”. Albowiem spodobałaś się Panu i twoja kraina otrzyma męża.
Bo jak młodzieniec poślubia dziewicę, tak twój Budowniczy ciebie poślubi, i jak oblubieniec weseli się z oblubienicy, tak Bóg twój tobą się rozraduje.

CZYTANIE Z PIERWSZEGO LISTU ŚWIĘTEGO PAWŁA APOSTOŁA DO KORYNTIAN:
Bracia: Różne są dary łaski, lecz ten sam Duch; różne też są rodzaje posługiwania, ale jeden Pan; różne są wreszcie działania, lecz ten sam Bóg, sprawca wszystkiego we wszystkim.
Wszystkim zaś objawia się Duch dla wspólnego dobra. Jednemu dany jest przez Ducha dar mądrości słowa, drugiemu umiejętność poznawania według tego samego Ducha, innemu jeszcze dar wiary w tymże Duchu, innemu łaska uzdrawiania przez tego samego Ducha, innemu dar czynienia cudów, innemu proroctwo, innemu rozpoznawanie duchów, innemu dar języków i wreszcie innemu łaska tłumaczenia języków.
Wszystko zaś sprawia jeden i ten sam Duch, udzielając każdemu tak, jak chce.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO JANA:
W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów.
A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi da Niego: „Nie mają już wina”. Jezus Jej odpowiedział: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?” Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.
Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: „Napełnijcie stągwie wodą”. I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: „Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu”. Oni zaś zanieśli.
A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – nie wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego: „Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory”.
Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.
Następnie On, Jego Matka, bracia i uczniowie Jego udali się do Kafarnaum, gdzie pozostali kilka dni.

Zauważmy, że w opisie wesela w Kanie Galilejskiej, jaki odnajdujemy dziś w Ewangelii według Świętego Jana, to Maryja początkowo jest postacią pierwszoplanową. Wszak słyszymy: W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. Najpierw jest wzmianka o Matce, potem o Jezusie. To tak, jakby nowożeńcy powiedzieli:Zapraszamy Maryję z Synem”. Albo: „Zapraszamy Maryję z Dziećmi” – jeżeli uczniów Jezusa uznać za duchowe dzieci Maryi.
Wiemy, że jeżeli zapraszamy jakąś rodzinę, w której są rodzice i dorosłe dzieci – które może już są nawet usamodzielnione – to każdego zapraszamy z osobna, a nie „matkę z dziećmi”. Tymczasem, w odczytanym przed chwilą opisie wydarzenia, Jezus pozostaje wyraźnie jakby ukryty za swoją Matką.
Także wtedy, kiedy – właśnie! – to Ona spostrzegła: Nie mają już wina. Co ciekawe, Jezus w pierwszej reakcji jakby w ogóle nie chciał się tą sprawą zająć, jakby powiedział: „Matko, daj mi spokój, Ja tu jestem prywatnie, chcę się wyluzować, zabawić, w związku z czym cały ten problem to nie moja sprawa”. Myślę, że tak właśnie można by zrozumieć stwierdzenie: Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?
W innym tłumaczeniu, to nieco niejasne zdanie – zwłaszcza drugie – już brzmi logiczniej i bardziej zrozumiale: Kobieto, czy to należy do mnie lub do Ciebie? Jeszcze nie nadeszła godzina moja. Drugie zdanie jest tutaj zdaniem twierdzącym, nie pytającym. Dlatego możemy zrozumieć to tak właśnie, że Jezus jakby odżegnuje się od całej sprawy.
Ale Maryja „nie odpuszcza” i pomimo takiej, a nie innej odpowiedzi swego Syna, wydaje polecenie sługom: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Zauważmy, że do tego momentu inicjatywa była po stronie Maryi, Jezus się w ogóle nie uzewnętrzniał. A nawet jakby wzbraniał. W tym jednak momencie – to On przejmuje inicjatywę, zaczyna wydawać polecenia, a o Maryi praktycznie już nic nie słyszymy, aż dopiero w ostatnim zdaniu dowiadujemy się, że Jezus, Jego Matka, bracia i uczniowie Jego udali się do Kafarnaum, gdzie pozostali kilka dni. Jednak to się już działo po weselu. Natomiast na samym weselu, całą inicjatywę przejął Jezus. I co się okazało?
Okazało się, że zaistniały problem został rozwiązany. A był to problem niemały, chociaż może nam się takim nie wydaje, bo z naszej perspektywy fakt braku wina nie wygląda aż tak dramatycznie – zwłaszcza, gdy dzisiaj słychać tu i ówdzie o odważnych parach, które swoje przyjęcia weselne organizują bez alkoholu.
Tyle tylko, że tamtejszy kontekst kulturowy wyglądał inaczej i taki brak wina mógł mocno zaciążyć na reputacji dopiero co powstałego małżeństwa – na długie lata. Dlatego Jezus przyszedł z pomocą. I rozwiązał problem. I to bardzo radykalnie rozwiązał. Bo ze „stanu zerowego” doprowadził do stanu znaczącej obfitości wina, gdyż gdyby owych sześć stągwi kamiennych mieściło po dwie miary, wówczas łącznie mielibyśmy trzysta osiemdziesiąt cztery litry, ale jeśli mieściły po trzy miary – gdyś relacja Ewangelisty nie jest tu ścisła – to już wyszłoby pięćset siedemdziesiąt sześć litrów! I to przedniego wina!
Bo okazało się (jak słyszeliśmy z wypowiedzi starosty weselnego) że tamto wcześniejsze, wobec tego od Jezusa, było mówiąc delikatnie – takie sobie… A to znaczy, że Jezus naprawdę problem rozwiązał. I to z naddatkiem.
Jeżeli jednak uważnie i wnikliwie spojrzymy na całość opisywanego wydarzenia, to czyż nie odniesiemy wrażenia, że to także Matka go rozwiązała? I że miała w tym znaczący udział? A przecież cudu dokonał Jezus, nie Matka…
Tak, ale to od Niej wyszła inicjatywa, Ona zauważyła problem tyle, że później przekazała inicjatywę Jezusowi i Jemu pozwoliła zadziałać. Maryja przekazała inicjatywę Jezusowi, usunęła się na dalszy plan, nie próbowała sobą Jezusa przesłonić… I na tym wygrała! I w tym pokazała się cała Jej wielkość!
Okazuje się bowiem, moi Drodzy, że prawdziwie wielkim jest nie ten człowiek, który o tę swoją wielkość zabiega w sposób sztuczny i pompatyczny; który za wszelką cenę kreuje swój własny wizerunek i opinię o sobie; który sam dla siebie jest autorytetem i punktem odniesienia ale ten, kto inicjatywę nad swoim życiem oddaje w ręce Jezusa! Wtedy człowiek okazuje się wielki, a w jego życiu – i w jego świecie – panuje porządek i harmonia.
Wszak słyszymy dzisiaj, w drugim czytaniu, słowa Apostoła Pawła, iż różne są dary łaski, lecz ten sam Duch; różne też są rodzaje posługiwania, ale jeden Pan; różne są wreszcie działania, lecz ten sam Bóg, sprawca wszystkiego we wszystkim. I potem dowiadujemy się, że ten jeden Pan, przez swego Ducha, rozdziela różne zadania i charyzmaty w swoim Kościele. I tak, jednemu dany jest przez Ducha dar mądrości słowa, […] innemu dar czynienia cudów, innemu proroctwo, innemu rozpoznawanie duchów, innemu dar języków i wreszcie innemu łaska tłumaczenia języków. Po czym, Paweł podsumowuje to stwierdzeniem: Wszystko zaś sprawia jeden i ten sam Duch, udzielając każdemu tak, jak chce.
Zobaczmy, mówimy tu – z jednej strony – o wielkiej różnorodności: każdy ma jakiś inny dar i inne zadanie. Ale wszyscy tworzą wspaniałą jedność i pewną kompletną całość. Jedność – w różnorodności. Dlaczego tak się dzieje? Bo nad tym wszystkim jest jeden Pan. On sam kieruje – przez swego Ducha. On jest pierwszy. Do Niego należy inicjatywa. Usłyszmy jeszcze raz to zdanie: Wszystko zaś sprawia jeden i ten sam Duch, udzielając każdemu tak, jak chce. Inicjatywa wyraźnie jest po stronie Bożej. Ale jest też – skierowane do nas – zaproszenie do współpracy.
Bo te wszystkie dary i charyzmaty nie zostały dane tylko po to, by były, ale dla dobra wspólnoty Kościoła. I dla budowania takiej więzi z Bogiem, jakiej obraz rysuje przed nami Prorok Izajasz w pierwszym czytaniu, gdzie więź tę ukazuje na przykładzie miłosnej więzi dwojga małżonków. Wszak usłyszeliśmy takie słowa: Nie będą więcej mówić o tobie „Porzucona”, o krainie twej już nie powiedzą „Spustoszona”. Raczej cię nazwą „Moje w niej upodobanie”, a krainę twoją „Poślubiona”. Albowiem spodobałaś się Panu i twoja kraina otrzyma męża.
Moi Drodzy, jakże nam dzisiaj potrzeba takiej harmonii, takiego porządku, takiego Bożego pokoju – najpierw w naszych rodzinach, ale także w naszych sąsiedztwach, w naszych lokalnych społecznościach. W miejscach nauki i pracy. Ileż to razy rozmawialiśmy w czasie wizyty duszpasterskiej, że w tej czy innej społeczności – niestety, także: w tej czy tamtej rodzinie – wszystko „na głowie stoi”! Bałagan! Kłótnie! Zazdrość! Jakieś żale i pretensje – i jeszcze żeby ktoś wiedział, o co? Niekiedy, owszem, przywołuje się jakieś powody, jakieś wydarzenia z przeszłości, ale nieraz chodzi o bardzo odległą przeszłość. Innym razem, o jakieś bieżące „rachunki krzywd” – jaki mówi poeta. Niestety, rzeczywistość w wielu naszych rodzinach i w wielu naszych domach bynajmniej nie jest poezją. I – jako żywo – nie przypomina tej z pierwszego i drugiego dzisiejszego czytania. A dlaczego?
Nie wnikając w szczegóły konkretnych sytuacji, możemy powiedzieć, że wspólnym mianownikiem wszystkich – ale to dosłownie: wszystkichproblemów w naszych rodzinach jest brak Boga! Tak najogólniej mówiąc: brak Boga! A tak dokładniej: umieszczenie Boga na dalszym miejscu w hierarchii swoich spraw, zamiast na pierwszym. Czyli – niezastosowanie się do tego wzorca, jaki daje dzisiejsza Ewangelia.
Powiedzmy to jeszcze raz z całą mocą: Maryja dlatego wygrała całą sprawę, dlatego pomogła młodemu małżeństwu, ratując jego reputację, a do tego sama okazała swoją wielkość i niezwykłość – że oddała inicjatywę Jezusowi! I tego właśnie, moi Drodzy, brakuje częstokroć w naszych domach, w naszych rodzinach. O co konkretnie chodzi?
A chociażby o to pytanie, które nieraz stawiałem w trakcie wizyty duszpasterskiej: „Czy udaje się Państwu docierać na Mszę Świętą w niedzielę?” W odpowiedzi niemalże zawsze słyszałem: „Oczywiście, chodzimy, chodzimy”… Ja jednak drążyłem dalej: „Czy w każdą niedzielę?” „Nie, no w każdą to nie! W każdą się nie da, bo…” – i tutaj zwykle następowała lista wielu powodów, które miały sprawiać, że się „naprawdę nie da”! Ale jak się tak temat nieco pociągnęło, to okazywało się, że często by się dało – gdyby się tylko chciało. Albo gdyby potraktowało się sprawę jako ważną.
I o to właśnie, moi Drodzy, chodzi: my musimy tę sprawę wreszcie potraktować jako ważną: człowiek wierzący, jeśli nie ma rzeczywiście ważnej, obiektywnej, nieprzekraczalnej przeszkody, ma obowiązek uczestniczyć we Mszy Świętej w każdą niedzielę! W każdą! Nie w co drugą, albo raz w miesiącu! W każdą! Powinien też przystępować do Spowiedzi Świętej częściej, niż raz w roku, albo dwa razy – jedynie na jedne i drugie Święta. Spowiedź powinna być nie rzadziej, jak co miesiąc, a w razie popełnienia grzechu ciężkiego – nawet częściej. Po to, żeby utrzymywać stały stan łaski uświęcającej i stale móc przystępować do Komunii Świętej. I powinien się modlić – codziennie. Kilka razy dziennie. Najlepiej – wspólnie w rodzinie…
Moi Drodzy, może wreszcie trzeba się odważnie zmierzyć z całą prawdą o sobie i powiedzieć jasno, już bez udawania przed księdzem – a bardziej przed samym sobą – i bez całej tej nieznośnej kokieterii na pokaz, że jeżeli ja nie uczestniczę we Mszy Świętej, albo czynię to tylko na pogrzebie kogoś z rodziny; jeżeli się nie spowiadam, nie modlę się i w ogóle żyję na co dzień tak, jakby Boga nie było – to jestem człowiekiem niewierzącym! Trzeba to wreszcie odważnie powiedzieć: Ja jestem człowiekiem niewierzącym! Pan Bóg mnie w ogóle nie obchodzi! I Kościół mnie nie obchodzi! Jestem niewierzący!
I nie będę się dalej oszukiwał, i nie będę innych oszukiwał. I nie będę w czasie wizyty duszpasterskiej tłumaczył tysiącem powodów swoich wieloletnich często zaniedbań, albo – co się częściej zdarza – nie będę co roku unikał spotkania z Księdzem w czasie wizyty duszpasterskiej, uciekając przed nim z własnego domu. Przecież to jest jakiś absurd! Dziecinada. Uciekać z własnego domu przed Księdzem? Ukrywać się gdzieś? To bez sensu! Trzeba mieć cywilną odwagę spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć jasno: Jestem niewierzący! Ja teraz się tymi sprawami nie interesuję – i po mojej śmierci rodzina nie będzie się domagała dla mnie katolickiego pogrzebu.
Naturalnie, to nie jest stan wymarzony. Bo w oczywisty sposób byłoby lepiej, żeby wszyscy byli wierzący, żeby wszyscy byli jedno z Jezusem. Ale nie można żyć w ciągłym rozkroku. I całe życie udawać. Trzeba jasno określić prawdę o sobie. Bo dopiero na tym można cokolwiek budować. Na prawdzie. Nie na udawaniu. Im dłużej bowiem żyje się w takim fałszu, tym bardziej oddala się chwila jakiejś przemiany w życiu.
Może więc warto odważyć się i zacząć od przemiany myślenia , by przestać widzieć w religijnych praktykach ciężki, narzucony tradycją obowiązek, a dostrzec w nich wreszcie dobro dla siebie. Wielkie dobro! I oddanie inicjatywy swego życia – w ręce Jezusa! Po to, aby w naszych domach i w naszych rodzinach wreszcie zaczęło być normalnie…
Moi Drodzy, każdy z nas – także, a może szczególnie ten, kto gorliwie praktykuje wiarę – musi przemyśleć to swoje praktykowanie i zapytać samego siebie: czy ja zachowuję tylko tradycję, formę dla formy, zwyczaj dla zwyczaju, czy też naprawdę szukam autentycznej, głębokiej i mocnej więzi z Jezusem? Jeżeli tak, jeżeli wydarzenie z Kany Galilejskiej będzie się dokonywało w mojej rodzinie, a więc – jeżeli będę stale oddawał Jezusowi inicjatywę i w Jego ręce powierzał swoje sprawy i problemy swojej rodziny, to On pomoże mi tak samo, jak pomógł tamtemu małżeństwu.
Czy jednak odważę się na zmianę myślenia i spojrzenia? Czy dam Jezusowi szansę, aby mógł konkretnie zadziałać w moim życiu? Czy pozwolę Mu na to, aby w tym moim, tak przecież niełatwym życiu – dokonywał cudów: cudów przemiany? Już nie wody w wino, ale przemiany mojej codziennej rzeczywistości?… Czy odważę się wreszcie tak właśnie – bezgranicznie zaufać Jezusowi?…

sobota, 19 stycznia 2019

Bóg nie przestaje przebaczać!


Szczęść Boże! Moi Drodzy, w dniu wczorajszym urodziny i imieniny przeżywała Małgorzata Grzechnik, należąca w swoim czasie – do jednej z młodzieżowych Wspólnot.
Z kolei dzisiaj, imieniny obchodzą:
Ksiądz Mariusz Szyszko – mój serdeczny i oddany Przyjaciel jeszcze z czasów wspólnej służby ministranckiej w naszej rodzinnej Parafii; Człowiek, któremu bardzo wiele zawdzięczam i który zawsze jest blisko, aby wspierać i pomagać;
Ojciec Mariusz Rudzki, salezjanin, także pochodzący z naszej rodzinnej Parafii;
Ksiądz Biskup Henryk Tomasik – obecnie Biskup radomski, a wcześniej: Biskup Pomocniczy siedlecki, udzielający mi w swoim czasie święceń diakonatu i mój Profesor w Seminarium;
Ksiądz Mariusz Zaniewicz, Ksiądz Mariusz Korzenecki, Ksiądz Mariusz Lech – Kapłani znajomi i z różnych względów mi bliscy;
Mariusz Kozłowski – mój Kolega z Klasy ze szkoły podstawowej;
Mariusz Niedziałkowski, Mariusz Kłusek i Mariusz Chmielewski – Mężowie i Ojcowie trzech Rodzin, z którymi przyjaźń sięga jeszcze czasów pierwszego mojego wikariatu, w Radoryżu Kościelnym.
Życzę Wszystkim świętującym, aby z radością i nadzieją trwali przy Panu – i odważnie o Nim świadczyli. Ze swej strony – zapewniam o modlitwie.
Moi Drodzy, w czwartek dotarła do mnie wiadomość o śmierci Pani Janiny Mućki, Mamy Księdza Wiesława, pochodzącego z Parafii w Radoryżu Kościelnym, na Prymicji którego miałem radość głosić homilię, a który obecnie jest Dyrektorem Zespołu Szkół katolickich w moim rodzinnym mieście. Dzisiaj, właśnie w Radoryżu Kościelnym, odbędzie się pogrzeb ś.p. Pani Janiny. Wybieram się na tę uroczystość. Proszę, abyście wspomnieli – chociaż w krótkiej modlitwie – Zmarłą Mamę Księdza Wiesława.
Bardzo dziękuję Księdzu Markowi za dwukrotne słówko z Syberii! Jak zawsze – wiele ważnych i głębokich treści do przemyślenia… O tym, co Bóg chce, a czego nie chce… I wiele innych. Wielkie dzięki!
I także wielkie dzięki Jakubowi, że – jak w każdą sobotę – czuwa na posterunku!
Gaudium et spes! Ks. Jacek

Sobota 1 Tygodnia zwykłego, rok I,
do czytań: Hbr 4,12–16; Mk 2,13–17

CZYTANIE Z LISTU DO HEBRAJCZYKÓW:
Bracia: Żywe jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. Nie ma stworzenia, które by było przed Nim niewidzialne, przeciwnie, wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek.
Mając więc arcykapłana wielkiego, który przeszedł przez niebiosa, Jezusa, Syna Bożego, trwajmy mocno w wyznawaniu wiary. Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu.
Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy otrzymali miłosierdzie i znaleźli łaskę dla uzyskania pomocy w stosownej chwili.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MARKA:
Jezus wyszedł znowu nad jezioro. Cały lud przychodził do Niego, a On go nauczał. A przechodząc ujrzał Lewiego, syna Alfeusza, siedzącego w komorze celnej, i rzekł do niego: „Pójdź za Mną”. On wstał i poszedł za Nim.
Gdy Jezus siedział w jego domu przy stole, wielu celników i grzeszników siedziało razem z Jezusem i Jego uczniami. Było bowiem wielu, którzy szli za Nim. Niektórzy uczeni w Piśmie spośród faryzeuszów widząc, że je z grzesznikami i celnikami, mówili do Jego uczniów: „Czemu On je i pije z celnikami i grzesznikami?”
Jezus usłyszał to i rzekł do nich: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”.

A OTO SŁÓWKO JAKUBA:

Dzisiaj w Liturgii Słowa Pan Jezus, jako ten, którego Prawo jest doskonałe i pokrzepia duszę, a Jego słuszne nakazy radują serce, mówi do nas jedną bardzo ważną rzecz: Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników. Chrystus stara się nam udowodnić swoją bezgraniczną miłość i wybaczenie, którymi nas obdarza. Nie przeszkadzają Mu miliony lat, podczas których przewijały się niebywałe ilości ludzi, popełniających rozliczne grzechy. On i tak nie przestaje nam przebaczać. Bóg doskonale wie, że jesteśmy grzesznikami, którzy nie potrafią oderwać się od grzechu. Nie potępia nas, ale daje nam jedynie wolną wolę.
Człowiek zostaje przez Boga powołany do tego, aby żyć w świętości i do bycia Jego dzieckiem. Pan powołuje i cierpliwie czeka. Wypatruje człowieka, gdyż ma dla niego niebywały prezent – odpuszczenie grzechów. Nie gardzi nim, nie ma humorów tak, jak my; nie robi awantur, nie powoduje żadnych kłótni. Cierpliwie oczekuje na nas.
A jak wielu nie wykorzystuje tej szansy? Jak wielu zwleka ze spowiedzią? Dlaczego tak wielu nie chce żyć z Bogiem w zgodzie, nie chce być w stanie łaski uświęcającej? Myślę, że „prowodyrem” takich zachowań jest szatan. To on stara się wpłynąć na człowieka. Cieszy się, gdy popełniamy każdy kolejny grzech. Czuje się świetnie za każdym razem, gdy rezygnujemy z zasad, które zostawił nam Pan Jezus. Lecz w momencie, gdy rezygnujemy z sakramentu pokuty, szatan triumfuje i zaczyna rządzić naszym życiem.
Dlatego właśnie musimy walczyć. Nie możemy się poddać złu. Mamy obowiązek podjąć się wysiłku pokonywania swoich słabości. Tylko w ten sposób osiągniemy życie wieczne. Co więcej, przeciwko złu możemy używać wielu rodzajów broni. Możemy odbywać różnego rodzaju posty, możemy ofiarowywać nasze cierpienie w tej sprawie, lecz najmocniejszą amunicją powalającą szatana na kolana, jest modlitwa! Trzeba w niej wytrwać, trzeba wciąż oddawać się Bogu.
Tylko tak będziemy mogli odnieść zwycięstwo, gdyż żywe jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. Nie ma stworzenia, które by dla Niego było niewidzialne; przeciwnie, wszystko odkryte jest i odsłonięte przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek.
Czy pamiętam o regularnym przystępowaniu do sakramentu pokuty? Czy przygotowuję się do spowiedzi? Czy wciąż walczę z moimi grzechami i słabościami? Czy walczę z szatanem? Czy żyję modlitwą – i Bożym słowem?…

piątek, 18 stycznia 2019

Siła wspólnej modlitwy


(Hbr 4, 1-5. 11)
Bracia: Lękajmy się, gdy jeszcze trwa obietnica wejścia do Bożego odpoczynku, aby ktoś z was nie mniemał, iż jest jej pozbawiony. Albowiem i my otrzymaliśmy dobrą nowinę, tak jak i tamci, lecz tamtym słowo usłyszane nie było pomocne, gdyż nie łączyli się przez wiarę z tymi, którzy je usłyszeli. Wchodzimy istotnie do odpoczynku my, którzy uwierzyliśmy, jak to Pan powiedział: "Toteż przysiągłem w swym gniewie: Nie wejdą do mego odpoczynku", aczkolwiek dzieła były dokonane od stworzenia świata. Powiedział bowiem Bóg na pewnym miejscu o siódmym dniu w ten sposób: "I odpoczął Bóg w siódmym dniu po wszystkich dziełach swoich". I znowu tamże: "Nie wejdą do mego odpoczynku". Śpieszmy się więc wejść do owego odpoczynku, aby nikt nie poszedł za tym samym przykładem nieposłuszeństwa.

(Mk 2, 1-12)
Gdy po pewnym czasie Jezus wrócił do Kafarnaum, posłyszano, że jest w domu. Zebrało się zatem tylu ludzi, że nawet przed drzwiami nie było miejsca, a On głosił im naukę. I przyszli do Niego z paralitykiem, którego niosło czterech. Nie mogąc z powodu tłumu przynieść go do Niego, odkryli dach nad miejscem, gdzie Jezus się znajdował, i przez otwór spuścili nosze, na których leżał paralityk. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: "Dziecko, odpuszczone są twoje grzechy". A siedziało tam kilku uczonych w Piśmie, którzy myśleli w sercach swoich: "Czemu On tak mówi? On bluźni. Któż może odpuszczać grzechy, prócz jednego Boga?" Jezus poznał zaraz w swym duchu, że tak myślą, i rzekł do nich: "Czemu myśli te nurtują w waszych sercach? Cóż jest łatwiej: powiedzieć paralitykowi: Odpuszczone są twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań, weź swoje nosze i chodź? Otóż, żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów – rzekł do paralityka: Mówię ci: Wstań, weź swoje nosze i idź do swego domu!" On wstał, wziął zaraz swoje nosze i wyszedł na oczach wszystkich. Zdumieli się wszyscy i wielbili Boga, mówiąc: "Nigdy jeszcze nie widzieliśmy czegoś podobnego".



Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Pozdrawiam z Syberii, z Surgutu, dziś znowu tylko ja.

Spójrzmy na dzisiejszą Ewangelię…

Wokół Jezusa jest dużo ludzi, ale są też bardzo różni ludzie.

Spróbujmy spojrzeć na ową różnorodność ludzi i od każdego człowieka, grupy ludzi coś wziąć, a może coś zauważyć w sobie co trzeba zmienić.

Spójrzmy najpierw na tłum - „Zebrało się zatem tylu ludzi, że nawet przed drzwiami nie było miejsca”. Jeśli ktoś słuchał dziś Chlebak, to tam o. Adam ciekawie zauważa, że problemem tych ludzi jest to, że oni patrzą na Jezusa i słuchają Jezusa, ale nie zauważają, że jest ktoś cierpiący, potrzebujący, i nie są w stanie zrobić mu miejsca, by mógł się przedostać do Jezusa. Oni go nie widzą.

Od tych ludzi możemy wziąć owo zasłuchanie i zapatrzenie w Jezusa, i to jest piękne, jednak nie możemy tak się zapatrzeć w Jezusa, że już nie zauważamy drugiego człowieka, zwłaszcza potrzebującego, cierpiącego.

czwartek, 17 stycznia 2019

Czy Pan Bóg na pewno tego chce?


Czwartek - wspomnienie św. Antoniego, opata

(Hbr 3, 7-14)
Bracia: Postępujcie, jak mówi Duch Święty: "Dziś, jeśli głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych jak podczas buntu, w dzień kuszenia na pustyni, gdzie kusili Mnie ojcowie wasi, wystawiając na próbę, chociaż widzieli dzieła moje przez lat czterdzieści. Rozgniewałem się przeto na to pokolenie i powiedziałem: Zawsze błądzą w sercu. Oni zaś nie poznali dróg moich, toteż przysiągłem w swym gniewie: Nie wejdą do mego odpoczynku". Baczcie, bracia, aby nie było w kimś z was przewrotnego serca niewiary, której skutkiem jest odstąpienie od Boga żywego, lecz zachęcajcie się wzajemnie każdego dnia, póki trwa to, co zwie się "dziś", aby ktoś z was nie uległ zatwardziałości przez oszustwo grzechu. Jesteśmy bowiem współuczestnikami Chrystusa, jeśli pierwotną nadzieję do końca zachowamy silną.

(Mk 1, 40-45)
Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty i upadłszy na kolana, prosił Go: "Jeśli zechcesz, możesz mnie oczyścić". A Jezus, zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: "Chcę, bądź oczyszczony". Zaraz trąd go opuścił, i został oczyszczony. Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: "Bacz, abyś nikomu nic nie mówił, ale idź, pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich". Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego.


Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie z Syberii, z Surgutu.

Nie zatwardzajcie serc Waszych…

Takie wezwanie kieruje dziś do nas autor Listu do Hebrajczyków. Mówi też o przewrotnym sercu niewiary. Czy moje serce nie jest zatwardziałe i przewrotne?

Do tej myśli jeszcze wrócimy, ale spójrzmy na Ewangelię.

To trzeba mieć szczęście - ostatnio pisałem tutaj, na blogu w piątek i była ta sama Ewangelia, to samo wydarzenie, tylko w redakcji innego Ewangelisty. Wtedy było Łukasza, dziś Marka. Wtedy zatrzymałem się na słowie „chcę”. (Może ktoś z Was jeszcze pamięta).

Dziś proponuję byśmy poszli dalej, spojrzeli na drugą część tego fragmentu - co działo się po uzdrowieniu. Jezus mówi uzdrowionemu - „bacz, abyś nikomu nic nie mówił” - a on zaczął wiele opowiadać.

środa, 16 stycznia 2019

Jezus - tak bardzo "ludzki"!


Szczęść Boże! Moi Drodzy, w dniu dzisiejszym imieniny i urodziny przeżywa Pan Włodzimierz Olender, niezwykle życzliwy mi Człowiek z Celestynowa, Ojciec mojego Lektora Szymona. Dziękując Panu Włodkowi za rodzinną bliskość, życzę, aby swoją modlitwą i przykładem własnej postawy budował Bożą atmosferę w swojej Rodzinie. Zapewniam o modlitwie!
A w naszej blogowej Rodzinie przez najbliższe dwa dni Bożą atmosferę będzie budował Ksiądz Marek. Znaczy to po prostu – słówko z Syberii!
Gaudium et spes! Ks. Jacek

Środa 1 Tygodnia zwykłego, rok I,
do czytań: Hbr 2,14–18; Mk 1,29–39

CZYTANIE Z LISTU DO HEBRAJCZYKÓW:
Ponieważ dzieci uczestniczą we krwi i ciele, dlatego i Jezus także bez żadnej różnicy stał się ich uczestnikiem, aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła, i aby uwolnić tych wszystkich, którzy przez całe życie przez bojaźń śmierci podlegli byli niewoli.
Zaiste bowiem nie aniołów przygarnia, ale przygarnia potomstwo Abrahamowe. Dlatego musiał się upodobnić pod każdym względem do braci, aby stał się miłosiernym i wiernym arcykapłanem wobec Boga dla przebłagania za grzechy ludu.
W czym bowiem sam cierpiał będąc doświadczany, w tym może przyjść z pomocą tym, którzy są poddani próbom.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MARKA:
Po wyjściu z synagogi Jezus przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł do niej i podniósł ją ująwszy za rękę. Gorączka ją opuściła i usługiwała im.
Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest.
Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: „Wszyscy Cię szukają”.
Lecz On rzekł do nich: „Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem”. I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy.

Dzisiejsze słowo Boże bardzo wyraźnie i mocno przekonuje nas, jak bardzo – nazwijmy to tak – „ludzki” jest Jezus. Pierwsze czytanie to nauka o tym, że – i dlaczego – Jezus stał się człowiekiem. Już w pierwszym zdaniu słyszymy: Ponieważ dzieci uczestniczą we krwi i ciele, dlatego i Jezus także bez żadnej różnicy stał się ich uczestnikiem, aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła, i aby uwolnić tych wszystkich, którzy przez całe życie przez bojaźń śmierci podlegli byli niewoli.
Uczestniczyć we krwi i ciele” oznacza po prostu: być człowiekiem, żyć w postaci ludzkiej, żyć w ciele, czyli – nie być duchem, nie być istotą pozaziemską. Jezus, jako Boży Syn, był i jest zasadniczo Istotą pozaziemską, ale gdyby tylko taką pozostał, to nie mógłby wziąć na siebie cierpienia i złożyć za nas zbawczej ofiary. Dlatego właśnie przyjął ciało i krew, jak przed chwilą sobie zacytowaliśmy: stał się ich uczestnikiem, aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła.
Tak, moi Drodzy, Jezus specjalnie po to przyjął postać ludzką, aby móc odczuć cierpienie, aby znieść mękę, ponieść w tym cele śmierć – ale potem także zmartwychwstać! A chociaż nie mamy wątpliwości, że jako Syn Boży zawsze doskonale rozumiał wszystkie nasze ludzkie problemy, cierpienia i dylematy, to jednak – jak słyszymy w pierwszym czytaniu – w czym […] sam cierpiał będąc doświadczany, w tym może przyjść z pomocą tym, którzy są poddani próbom.
Zatem, owo „bycie człowiekiem” stało się jeszcze jednym argumentem za tym, że Jezus naprawdę rozumie los zwykłego człowieka. Zobaczmy, jak bardzo zależało Bogu, żeby do człowieka się zbliżyć, żeby się z jego przeżyciami jak najbardziej zidentyfikować.
I w dzisiejszym fragmencie Ewangelii odnajdujemy potwierdzenie tego, że tak się właśnie stało! Jezus naprawdę zidentyfikował się z losem człowieka. Słyszymy, że uczynił tak ogromnie wiele dla ratowania nie tylko duchowej, ale także i tej ludzkiej, tej fizycznej, ziemskiej sfery życia człowieka. Jakkolwiek bowiem dowiadujemy się, że wiele złych duchów wyrzucił, to jednak chyba bardziej na plan pierwszy wysuwa się informacja, że począwszy od uzdrowienia z gorączki teściowej Szymona, z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami.
Zatem, dla Jezusa ważna była ta sfera ludzka, ta sfera ziemska, powiedzielibyśmy: doczesna. Jezus nie potraktował sprawy w ten sposób, że dbał tylko o sferę duchową, bo tylko ona ostatecznie się liczy, bo tylko wieczność tak naprawdę się liczy. Tak, to prawda, wieczność rzeczywiście jest ważna i bardzo się liczy, ale wolą Bożą w końcu było, aby drogą do wieczności stało się to nasze życie doczesne – i właśnie w to życie doczesne wszedł Boży Syn, stając się człowiekiem, stając się jednym z nas, stając się tak bardzo ludzkim – „uczestnikiem ciała i krwi”.
Dlatego i my naszą doczesność winniśmy przeżywać w sposób święty! Gdyż to ona jest naszą drogą do szczęśliwej wieczności. Dlatego każdy dzień i każda godzina naszego życia winna nas do Boga zbliżać – nigdy oddalać. Dla sprawy królestwa Bożego i zbawienia wiecznego nie wolno nam zmarnować ani jednej minuty!
Czy mogę powiedzieć, że tak właśnie przeżywam każdy swój dzień? Czy tak przeżyję dzisiejszy dzień? Co dzisiaj zrobię – albo czego uniknę – aby ten dzień zbliżył mnie do Jezusa i do Jego królestwa?… Skoro Jezus stał się dla mnie tak bardzo „ludzki”, to co ja dzisiaj zrobię, aby stać się bardziej człowiekiem Bożym?…