czwartek, 21 czerwca 2018

Czy Bóg przeze mnie może czynić cuda?...


Szczęść Boże! Moi Drodzy, bardzo serdecznie dziękuję za wszystkie życzenia, jakie na tym forum, ale też w trakcie osobistych spotkań, czy też drogą smsową, mailową, telefoniczną i skype’ową wczoraj otrzymałem z okazji rocznicy Święceń. Szczególnie gorąco dziękuję tym, którzy wczoraj, o 7:00, zechcieli przyjść na Mszę Świętą do kościoła w Miastkowie.
Wszystkim naprawdę bardzo, ale to bardzo serdecznie dziękuję i już wczoraj, we Mszy Świętej, jaką całym naszym Kursem sprawowaliśmy w Łukowie, Was wszystkich obejmowałem wdzięczną modlitwą. A uczynię to ponownie, w najbliższych dniach, sprawując Mszę Świętą w Kodniu. Naturalnie, także w osobistych modlitwach będę o Was pamiętał. Jeszcze raz dziękuję!
A dzisiaj u nas, o 8:15, Msza Święta na zakończenie roku w Szkole w Miastkowie, chociaż samo zakończenie będzie jutro. Po Mszy Świętej natomiast planujemy spotkanie całej Służby liturgicznej, w trakcie którego będzie okazja podziękować za cały rok naprawdę bardzo dobrej posługi.
Jutro natomiast – naprawdę dobre rozważanie! Naprawdę! Bo z Syberii!
Gaudium et spes! Ks. Jacek

Czwartek 11 Tygodnia zwykłego, rok II,
Wspomnienie Św. Alojzego Gonzagi, Zakonnika,
do czytań: Syr 48,1–14; Mt 6,7–15

CZYTANIE Z KSIĘGI SYRACYDESA:
Powstał Eliasz, prorok jak ogień, a słowo jego płonęło jak pochodnia.
On głód na nich sprowadził, a swoją gorliwością zmniejszył ich liczbę. Słowem Pańskim zamknął niebo, z niego również trzy razy sprowadził ogień.
Jakże wsławiony jesteś, Eliaszu, przez swoje cuda i któż się może pochwalić, że tobie jest równy?
Ty, który ze śmierci wskrzesiłeś zmarłego i słowem Najwyższego wywiodłeś go z krainy umarłych. Ty, który zaprowadziłeś królów na zgubę, zrzucając z łoża okrytych chwałą.
Ty, któryś na Synaju otrzymał rozkaz wykonania kary, i na Horebie wyroki pomsty. Ty, który namaściłeś królów jako mścicieli, i proroka, następcę po sobie.
Ty, który zostałeś wzięty w skłębionym płomieniu, na wozie, o koniach ognistych. O tobie napisano, żeś zachowany na czasy stosowne, by uśmierzyć gniew przed pomstą, by zwrócić serce ojca do syna, i pokolenia Jakuba odnowić.
Szczęśliwi, którzy cię widzieli, i ci, którzy w miłości posnęli, albowiem i my na pewno żyć będziemy.
Gdy Eliasza zakrył wir powietrzny, Elizeusz został napełniony jego duchem. Za dni swoich nie lękał się żadnego władcy i nikt nie osiągnął nad nim przewagi.
Nic nie było zbyt wielkie dla niego i w grobowym spoczynku ciało jego prorokowało. Za życia czynił cuda i przy śmierci jego działy się rzeczy przedziwne.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MATEUSZA:
Jezus powiedział do swoich uczniów: Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich! Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie. Wy zatem tak się módlcie:
Ojcze nasz, któryś jest w niebie: święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj; i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom; i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zbaw ode złego.
Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień”.

Rzeczywiście, Eliasz – to Prorok jak ogień! To niezwykły człowiek! Przez ostatnich kilka dni słyszeliśmy różne historie z jego działalności, także i tę, że na koniec przekazał swoją misję Elizeuszowi, a dzisiaj – niejako w podsumowaniu – słyszymy słowa Mędrca Syracydesa, który wychwala Eliasza, ale przecież tak naprawdę wychwala Boga, bo oczywistym i wiadomym jest, że Eliasz nic sam z siebie nie mógłby zrobić gdyby tego nie uczynił Bóg. Właśnie wielkość Eliasza, za którą jest dziś tak wychwalany, polegała na tym, że stał się narzędziem w ręku Boga, że samemu Bogu pozwolił przez siebie działać!
To było niezwykłe w jego postawie! I za to dzisiaj wychwala go Syracydes, a i my wszyscy także patrzymy nań z podziwem, bo chyba zawsze urzeka nas wielkość ludzi niezwykłych i wpatrujemy się w ich przykład, opowiadając sobie na ich temat różne historie. Szkoda, że nie zawsze zrodzi się w nas myśl, żeby ich rzetelnie naśladować!
Bo przecież wielkość i niezwykłość nie są zarezerwowane li tylko dla takich ludzi, jak Eliasz, jak inni Prorocy, jak Apostołowie Jezusa, jak Papież Jan Paweł II, czy Święty Ojciec Pio. Owszem, wszyscy oni zostali obdarzeni przez Boga szczególnym posłannictwem i otrzymali w związku z tym szczególne Boże łaski. Ale czyż tylko oni jedni? Czyż Pismo Święte nie pokazuje nam aż nadto dużo przykładów ludzi, którzy także zostali przez Boga obdarowani, a nie uczynili z tego faktu żadnego pozytywnego użytku?
To prawda, że my wszyscy nie będziemy papieżami, nie będziemy prezydentami, nie będziemy na szczycie społecznej hierarchii. Ale czy naprawdę trzeba aż tam się znaleźć, żeby być wielkim? Czy nie znamy przykładów świętych ojców i świętych matek, świętych prostych ludzi, żyjących w swoim „tu i teraz”, ale żyjących tak, że Bóg przez nich cudów dokonywał i dobrem obdarzał wszystkich wokół?…
Owszem, powiedzmy i to, że bycie narzędziem w ręku Boga – to nie jest sprawa prosta. I nie wiąże się zwykle z powszechnym uznaniem, aplauzem, z ludzkimi pochwałami. Niestety… Bardzo często oznacza – tak, jak w przypadku Eliasza i innych Proroków – niechęć, a nawet wrogość ze strony ludzi. Ale to właśnie w takiej atmosferze – w bólu i cierpieniu proroka, czy świadka Chrystusa – rodzą się rzeczy naprawdę wielkie!
Dokonują się one przez ludzi, którzy w najgłębszej prostocie swego serca potrafią uznać w Bogu swego Ojca i tak, jak do Ojca, zwracać się codziennie w modlitwie – tak, w tej właśnie modlitwie, o której dziś w Ewangelii słyszymy, a którą my przecież od dziecka znamy.
Owszem, znamy od dziecka i może nawet nie zastanawiamy się nad słowami, jakie w niej wypowiadamy, a tymczasem to właśnie ta modlitwa ma w nas kształtować postawę dziecka – postawę prostego i szczerego dziecka wobec najlepszego, bezgranicznie kochającego Ojca.
Moi Drodzy, w tej modlitwie naprawdę nie chodzi o to, żeby w pośpiechu i na wydechu wyklepać kilka formułek, ale o to, żeby każdy jej wypowiedzenie – w skupieniu, z miłością i pokorą – czyniło nas coraz bardziej dziećmi Ojca naszego, który jest w Niebie! A jednocześnie – czyniło nas narzędziami w ręku Boga; czyli takimi prorokami i apostołami, przez których Ojciec, który jest w Niebie, będzie dokonywał wielkich rzeczy na ziemi!
Przykład takiego właśnie otwarcia daje nam z pewnością Patron dnia dzisiejszego, Święty Alojzy Gonzaga.
Urodził się 9 marca 1568 roku, koło Mantui, jako najstarszy z ośmiu synów margrabiego Ferdynanda di Castiglione. Ojciec – co prawda – pokładał w nim duże nadzieje, jednak Alojzy urodził się jako dziecko bardzo wątłe, a matce przy porodzie groziła śmierć. Rodzice więc uczynili ślub, że odbędą pielgrzymkę do Loreto, jeśli tylko matka i syn wyzdrowieją. Tak się też stało.
Ojciec zatem marzył o laurach rycerskich dla syna. W tym właśnie czasie, w roku 1517, flota chrześcijańska odniosła świetne zwycięstwo nad Turkami pod Lepanto. Ojciec Alojzego brał udział w tejże wyprawie. Dumny ze zwycięstwa, ubrał swojego trzyletniego syna w strój rycerza i paradował z nim w fortecy nad rzeką Padem, ku radości żołnierzy. Jednak kiedy ojciec podążył na kolejną wyprawę wojenną, pięcioletni Alojzy wrócił pod opiekę matki.
Mając zaś siedem lat, przeżył swoiste nawrócenie – jak je sam określił. Poczuł nicość ponęt tego świata i wielką tęsknotę za Bogiem. Odtąd duch modlitwy, zaszczepiony przez matkę, rozwinął się w nim jeszcze silniej. Codziennie – z budującą wręcz pobożnością – odmawiał na klęczkach, oprócz normalnych pacierzy rannych i wieczornych, siedem psalmów pokutnych i oficjum do Matki Bożej.
Jednakże ojciec nie był z tego zadowolony. Po swoim powrocie z wyprawy wojennej, zabrał syna do Florencji, na dwór wielkiego księcia Franciszka Medici, by nabył tam manier dworskich. Alojzy jednak najlepiej czuł się w słynnym florenckim sanktuarium, obsługiwanym przez zakon serwitów. Tu też, przed ołtarzem Matki Bożej, złożył ślub dozgonnej czystości. Jak zapisano w jego życiorysach, w nagrodę miał otrzymać taki przywilej, iż nie odczuwał pokus przeciw anielskiej cnocie czystości.
W 1579 roku, ojciec Alojzego został mianowany gubernatorem Monferrato w Piemoncie. Przenosząc się na tamtejszy zamek, zabrał ze sobą Alojzego. W następnym roku, z polecenia Papieża Grzegorza XIII, w diecezji Brescia odbyła się wizytacja kanoniczna, przeprowadzona przez Świętego Karola Boromeusza. Z tej okazji Alojzy, właśnie z ręki Świętego Karola, przyjął Pierwszą Komunię Świętą. Jesienią tegoż roku, kiedy miał lat dwanaście, wraz z rodzicami przeniósł się do Madrytu, gdzie na dworze królewskim cała rodzina spędziła dwa lata. Tam chłopiec nadal pogłębiał w sobie życie wewnętrzne przez odpowiednią lekturę. Rozczytywał się – między innymi – w „Ćwiczeniach duchowych” Świętego Ignacego. Modlitwę swoją przedłużał do pięciu godzin dziennie. Równocześnie kontynuował studia.
Wreszcie zdecydował się na wstąpienie do zakonu jezuitów. Kiedy wyjawił ojcu swoje postanowienie, ten wpadł w gniew, ale stanowczy Alojzy nie ustąpił. Na rzecz brata, Rudolfa, zrzekł się prawa do dziedzictwa i udał się do Rzymu. 25 listopada 1585 roku, wstąpił do nowicjatu jezuitów w Rzymie. Jak sam wyznał, praktyki pokutne, które zastał w zakonie, były znacznie lżejsze od tych, jakie sam sobie nakładał. Cieszył się jednak bardzo, że miał okazję do ćwiczenia się w wielu innych cnotach, do jakich mu zakon dawał okazję.
Jesienią 1585 roku, Alojzy uczestniczył w publicznej dyspucie filozoficznej w słynnym Kolegium Rzymskim, gdzie olśnił wszystkich subtelnością i siłą argumentacji. Zaraz potem otrzymał Święcenia niższe i został skierowany przez przełożonych na studia teologiczne. W roku 1590 miał przyjąć Święcenia kapłańskie. Wyroki Boże były jednak inne. Wtedy bowiem Rzym nawiedziła epidemia dżumy. Alojzy prosił przełożonych, by mu zezwolili posługiwać zarażonym. Wraz z innymi klerykami udał się na ochotnika do szpitala.
Wyczerpany studiami i umartwieniami organizm kleryka uległ zarazie. Alojzy zmarł, nie przyjąwszy Święceń kapłańskich, w dniu 21 czerwca 1591 roku, w wieku zaledwie dwudziestu trzech lat. Jego sława była tak wielka, że już w roku 1605 Papież Paweł V ogłosił go Błogosławionym. Kanonizacja jednak odbyła się dopiero w roku 1726. Dokonał jej Papież Benedykt XIII, wraz z Kanonizacją Świętego Stanisława Kostki. Tenże Papież ogłosił, w roku 1729, Świętego Alojzego Patronem młodzieży, zwłaszcza studiującej.
O jego duchowej postawie bardzo dobitnie świadczy list, jaki na krótko przed swą śmiercią napisał do matki, a w którym – między innymi – czytamy: „Przyznam Ci się, Dostojna Pani, że ile razy rozmyślam o Bożej dobroci, owym niezgłębionym i bezkresnym morzu, umysł mój gubi się zupełnie. Wobec takiego ogromu traci on rozeznanie i nie rozumie wcale, dlaczego Pan po tak nieznacznej i krótkiej pracy zaprasza mnie do wiecznego pokoju. Z Nieba wzywa mnie do nieskończonej szczęśliwości, której tak opieszale szukałem, i obiecuje nagrodę za łzy, których tak niewiele wylałem.
Rozmyślaj o tym ustawicznie, Dostojna Pani, i strzeż się obrazić nieskończoną Bożą miłość. Stałoby się to z pewnością wówczas, gdybyś opłakiwała śmierć tego, kto żyje w obliczu Boga i swym wstawiennictwem będzie Ci pomagał bardziej, niż za życia. Zresztą, nasza rozłąka nie będzie długa. W Niebie zobaczymy się znowu. Złączeni na wieki z naszym Zbawicielem, rozradowani szczęściem wiecznym, ze wszystkich sił będziemy Go chwalić i na wieki sławić Jego miłosierdzie. Bóg odbiera nam swój dar tylko po to, aby umieścić go w pewniejszym i bezpieczniejszym miejscu, a ofiarować nam to, czego sami zapragniemy.
Wszystko to piszę, ponieważ gorąco pragnę, abyś Ty, Dostojna Pani, i cała w ogóle rodzina, uważała moją śmierć za radosne wydarzenie, abyś towarzyszyła mi matczynym błogosławieństwem wtedy, gdy będę przemierzał ową drogę, aż dojdę do brzegu, gdzie się mieszczą wszystkie moje nadzieje. Piszę to tym chętniej, iż niczym innym nie zdołam okazać bardziej miłości, którą winienem Tobie, jako syn wobec matki.” Tyle z listu Świętego Alojzego.
Wpatrując się w świetlany przykład jego świętości, ale też mając na uwadze słowo Boże dzisiejszej liturgii, a w nim – opis gorliwości i wielkości Proroka Eliasza, pomyślmy, czy z takim nastawieniem odmawiamy codziennie – a nawet kilka razy dziennie – Modlitwę Pańską, aby coraz bardziej stawać się dzieckiem Ojca, który jest w Niebie i narzędziem w Jego ręku? Czy On już dzisiaj może przez nas dokonywać cudów?…

środa, 20 czerwca 2018

Ojciec, który widzi w ukryciu...


Szczęść Boże! Witam Wszystkich, serdecznie pozdrawiam i życzę błogosławionego dnia!
Gaudium et spes! Ks. Jacek

Środa 11 Tygodnia zwykłego, rok II,
do czytań: 2 Krl 2,1.6–14; Mt 6,1–6.16–18

CZYTANIE Z DRUGIEJ KSIĘGI KRÓLEWSKIEJ:
Kiedy Pan miał wśród wichru unieść Eliasza do nieba, szedł Eliasz z Elizeuszem z Gilgal. Wtedy rzekł Eliasz do niego: „Zostańże tutaj, bo Pan posłał mnie aż do Jordanu”. Elizeusz zaś odpowiedział: „Na życie Pana i na twoje życie: nie opuszczę cię!” I szli dalej razem.
A pięćdziesiąt osób z uczniów proroków poszło i stanęło z przeciwka, z dala, podczas gdy obydwaj przystanęli nad Jordanem.
Wtedy Eliasz zdjął swój płaszcz, zwinął go i uderzył wody, tak iż się rozdzieliły w obydwie strony. A oni we dwóch przeszli po suchym łożysku. Kiedy zaś przeszli, rzekł Eliasz do Elizeusza: „Żądaj, co mam ci uczynić, zanim wzięty będę od ciebie”. Elizeusz zaś powiedział: „Niechby, proszę, dwie części twego ducha przeszły na mnie!” On zaś odrzekł: „Trudnej rzeczy zażądałeś. Jeżeli mnie ujrzysz, jak wzięty będę od ciebie, spełni się twoje życzenie; jeśli zaś nie ujrzysz, nie spełni się”.
Podczas gdy oni szli i rozmawiali, oto zjawił się wóz ognisty wraz z rumakami ognistymi i rozdzielił obydwóch: a Eliasz wśród wichru wstąpił do niebios. Elizeusz zaś patrzał i wołał: „Ojcze mój! Ojcze mój! Rydwanie Izraela i jego jeźdźcze”. I już go więcej nie ujrzał. Ująwszy następnie szaty swoje, Elizeusz rozdarł je na dwie części i podniósł płaszcz Eliasza, który spadł z góry od niego.
Wrócił i stanął nad brzegiem Jordanu. I wziął płaszcz Eliasza, który spadł z góry od niego, uderzył wody, lecz one się nie rozdzieliły. Wtedy rzekł: „Gdzie jest Pan, Bóg Eliasza?” I uderzył wody, a one rozdzieliły się w obydwie strony. Elizeusz zaś przeszedł środkiem.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MATEUSZA:
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie.
Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.
Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.
Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie”.

A jednak – spełniło się pragnienie Elizeusza. Chociaż zażądał trudnej rzeczy od swego Mistrza, Proroka Eliasza – co wyraźnie stwierdził sam Eliasz – to jednak prośba została wysłuchana. Niezwykle obrazowo zostało to pokazane w dzisiejszym pierwszym czytaniu, w którym właściwie każde zdanie, każdy kolejny motyw, to bardzo wymowny i zaskakujący obraz.
Przecież sam opis odejścia Eliasza z tego świata nie ma sobie równych w Piśmie Świętym – poza odejściem Jezusa. Tyle, że Jezus niejako sam z siebie, swoją własną mocą, wzniósł się na oczach uczniów do Nieba, a po Eliasza przybył wóz ognisty wraz z rumakami ognistymi i zabrał go. Już sam ten obraz budzi zdziwienie, a może i zaskoczenie – dlaczego akurat w taki sposób i dlaczego akurat Eliasz w taki sposób, chociaż oczywiście nikt nie ujmuje zasług Eliaszowi.
Natomiast drugim takim obrazem jest ten, pokazujący spełnienie prośby Elizeusza. W jaki to bowiem sposób się dokonało? Oto – już pod odejściu (może lepiej powiedzieć: odjeździe) Eliasza, na Elizeusza spadł z góry jego płaszcz. Uderzając nim wody Jordanu, Elizeusz spowodował ich rozdzielenie – dokładnie tak, jak dokonało się po podobnym geście, dokonanym wcześniej przez Eliasza. Tyle tylko, że – zwróćmy i na to uwagę – nie od razu udało się Elizeuszowi tego dokonać, ale dopiero wtedy, kiedy wezwał Bożego imienia.
I chyba to właśnie, jak i wszystko, co się tam wtedy dokonało – bez względu na to, czy zostały tam opisane faktyczne wydarzenia, czy mamy do czynienia z niejaką symboliką – pokazuje jedno: silną, bardzo silną zażyłość Eliasza, a następnie także Elizeusza, z samym Bogiem. Bo któż z ludzi – sam z siebie – mógłby dokonywać tak niezwykłych, a często też spektakularnych gestów, jakich dokonywali obaj Prorocy? I chociaż – mówiąc słowami Jezusa z dzisiejszej Ewangelii – za wiele z nich ludzie ich chwalili, to jednak nie z tego powodu oni czegokolwiek dokonywali. Oni dokonywali niezwykłych rzeczy – ze względu na Boga i dla dobra ludzi. I także wtedy ich dokonywali, kiedy ludzie ich za to nie chwalili, a wręcz przeklinali i odrzucali.
I nas Jezus dzisiaj zachęca do takiej odważnej postawy, mówiąc bardzo zdecydowanie: Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie.
Moi Drodzy, powiedzmy sobie szczerze, że to jest naprawdę trudne. Bo nas często stać na wielkie dokonania i wspaniałe gesty wobec innych. Stać nas i na modlitwę, i na post, i na jałmużnę, rozumianą jako konkretne dobro, okazywane ze szczerej miłości drugiemu człowiekowi. Ale jest gdzieś w nas, w głębi naszego serca, taka myśl, takie ciche i skrywane pragnienie, żeby ktoś to dostrzegł, docenił, pochwalił… Chociaż jednym słowem… Chociaż jednym uśmiechem…
A Jezus – co na to? Z tego, co dziś powiedział, nie wynika, żeby był temu całkowicie przeciwny. Z kontekstu Jego wypowiedzi wynika tyle, że ludzka pochwała, ludzkie uznanie nie może być jedynym i najważniejszym motywem naszego działania. Nas musi być stać na to, żeby niejako przejść ponad tym – ponad ludzkimi pochwałami lub naganami – i czynić dobro ze względu na „Ojca, który widzi w ukryciu”. Bo – właśnie – nawet jeśli ludzie czegoś nie dopatrzą i nie pochwalą w naszym postępowaniu, to „Ojciec, który widzi w ukryciu”, widzi naprawdę wszystko. I tylko na tym powinno nam zależeć, aby to On widział. A nam często właśnie zależy na tym, żeby ludzie widzieli, Ojciec zaś, który wszystko widzi w ukryciu – już niekoniecznie.
Musimy, moi Drodzy, kształtować w sobie takiego ducha i taką osobistą klasę, żeby wręcz być nieczułymi i obojętnymi na ludzkie pochwały lub nagany. I nie chodzi tu – jeszcze raz to podkreślmy – żeby gardzić ludźmi, czy lekceważyć chociażby słowa braterskiego upomnienia, kierowanego do nas z miłości. Nie!
Chodzi natomiast o to, aby przejść ponad ludzkim aplauzem, lub też potępianiem nas przez ludzi, wówczas, kiedy ewidentnie postępujemy zgodnie z Bożą wolą i w imię Boga czynimy dobro. Z pewnością, jesteśmy w stanie takie sytuacje od siebie odróżnić. I starać się wejść w taką relację z Jezusem – tak bliską, tak mocną i tak motywującą – aby ludzkie pochwały i słowa uznanie po prostu nie były nam potrzebne…
Czy mogę powiedzieć, że mi osobiście już nie są one potrzebne, czy jednak są bardzo potrzebne?… A może nawet niezbędne?…

wtorek, 19 czerwca 2018

Czy mam odwagę posłuchać Jezusa?...


Szczęść Boże! Moi Drodzy, w dniu dzisiejszym rocznicę Święceń kapłańskich przeżywa Ksiądz Wiesław Mućka, pochodzący z Radoryża Kościelnego, czyli Parafii mojego pierwszego wikariatu, a obecnie będący Dyrektorem Zespołu Szkół Katolickich w moim rodzinnym mieście, Białej Podlaskiej. Życzę Drogiemu Jubilatowi Bożego błogosławieństwa i odwagi w kapłańskim świadczeniu o Chrystusie! A do tego – pogody ducha, której i tak Mu nie brakuje. Zapewniam o modlitwie.
Moi Drodzy, wczoraj dotarła do mnie wiadomość o śmierci Pani Mirosławy Boguckiej Pucek, z Parafii Ojca Pio w Warszawie, Osoby niezwykle życzliwej, pogodnej i pobożnej. Podpisując się jako Mirka od Ojca Pio, pisywała także na naszym blogu. Mieliśmy ze sobą kontakt, chociaż ostatnio – dość dawno nie rozmawialiśmy… Przypominają się pełne mądrości słowa Księdza Poety, żeby spieszyć się z kochaniem ludzi, bo naprawdę szybko odchodzą… Po ludzku patrząc – za szybko…
Zawsze podziwiałem Panią Mirkę za wielką pogodę ducha, z jaką znosiła różne rodzinne problemy, ale też swoją chorobę. Bardzo angażowała się w życie Parafii i swojej modlitewnej Wspólnoty. Niech Pan da Jej Niebo…
Gaudium et spes! Ks. Jacek

Wtorek 11 Tygodnia zwykłego, rok II,
do czytań: 2 Krn 18,25–31a.33–34; Mt 5,43–48

CZYTANIE Z DRUGIEJ KSIĘGI KRONIK:
Król izraelski Achab rozkazał: „Weźcie Micheasza i zaprowadźcie go z powrotem do Amona, dowódcy miasta, i do syna królewskiego, Joasza, i powiedzcie: «Tak rzekł król: Wtrąćcie go do więzienia i żywcie chlebem i wodą jak najskąpiej, aż do mego powrotu w pokoju»”. Na to Micheasz powiedział: „Gdybyś miał powrócić w pokoju, to znaczyłoby, że Pan nie mówił przeze mnie”.
Jednak król izraelski i Jozafat, król judzki, wyruszyli na Ramot w Gileadzie. Tam król izraelski powiedział Jozafatowi: „Zanim pójdę w bój, przebiorę się. Ty zaś wdziej swoje szaty”. Następnie król izraelski przebrał się i dopiero wtedy przystąpili do walki. A król syryjski dowódcom swoich rydwanów wydał taki rozkaz: „Nie walczcie ani z małym, ani z wielkim, lecz tylko z samym królem izraelskim”. Toteż kiedy dowódcy rydwanów zobaczyli Jozafata, powiedzieli: „Ten jest królem izraelskim”. Wtedy otoczyli go, aby z nim walczyć.
A pewien człowiek naciągnął łuk i przypadkiem ugodził króla izraelskiego między spojenia pancerza. Powiedział więc król woźnicy: „Zawróć i ratuj mnie z tej walki, bo zostałem zraniony”. Tego dnia rozgorzała walka, a król izraelski utrzymywał się stojąc na rydwanie naprzeciw Syryjczyków aż do wieczora, a zmarł o zachodzie słońca.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MATEUSZA:
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Słyszeliście, że powiedziano: «Będziesz miłował swego bliźniego», a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych.
Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski”.

A jednak król izraelski i Jozafat, król judzki, wyruszyli na Ramot w Gileadzie. Micheasz – pamiętamy z wczorajszego czytania – ostrzegał, wyraźnie przepowiadając, czym to się skończy. A jednak Jozafat i Achab wyruszyli… Co więcej, jakby dla przekonania samych siebie, że postępują słusznie, kazali uwięzić Proroka i żywić go skąpo aż do czasu, kiedy wrócą w pokoju. Czy byli naprawdę przekonani, że tak będzie?…
Pamiętamy z wczorajszego czytania ich wewnętrzną walkę, wyrażającą się w tym, że z jednej strony chcieli słuchać Proroka, z drugiej – nie chcieli przyjąć tego, co w imieniu Boga mówił. Wyraźnie usłyszeli to, co przepowiedział. Niemożliwe, żeby o tym tak po prostu zapomnieli… I dlatego zapewne – niejako zaklinając rzeczywistość – postanowili wtrącić go do więzienia, aż do czasu, kiedy wrócą jako zwycięzcy.
Wiemy, że Prorok zareagował na to bardzo spokojnie. Znamiennie brzmią jego słowa, skierowane do Achaba, króla izraelskiego: Gdybyś miał powrócić w pokoju, to znaczyłoby, że Pan nie mówił przeze mnie. I wiemy, jak się cała sprawa skończyła – słyszymy o tym dzisiaj i chyba nie jest to dla nas żadnym zaskoczeniem. Spełniło się dokładnie to, co przepowiedział Prorok Pański. Kłamcami okazali się owi fałszywi prorocy – klakierzy, którzy zapewniali, że wszystko będzie dobrze.
A dwaj królowie, chociaż wewnętrznie może i przeczuwali, że Micheasz nie rzuca słów na wiatr, to jednak ulegli ostatecznie swojej własnej pysze i przekonaniu, że racja musi być po ich stronie. Bo przecież w końcu są królami – to kto ma prawo się im sprzeciwić? A chociażby nawet – sam Bóg?
Zobaczmy, moi Drodzy, jak bardzo szkodliwym dla człowieka może się okazać takie jego nastawienie, w którym nie chce ani o krok ustąpić ze swego zdania, do którego jest – z jakichś tam powodów – przekonany. Nawet, jeśli za tym przekonaniem nie stoją żadne logiczne argumenty – on i tak nie chce ustąpić. Bo to jest jego zdanie – i już! Jak bardzo szkodliwym może się okazać dla człowieka taki stan rzeczy. Udowadnia to opisana dzisiaj historia Jozafata i Achaba, ale też udowadnia to wiele wydarzeń z naszego życia – przyznajmy to szczerze – kiedy nasz własny upór, podtrzymywany jedynie dla samej zasady, doprowadził do napięć, a nawet kłótni i rozłamów, czy też zniweczył wspólnie podejmowane, dobre inicjatywy…
Jezus dzisiaj w Ewangelii domaga się od swoich uczniów – czyli także od nas – daleko idącego poszerzenia swego myślenia i odnowionego spojrzenia na relacje z drugim człowiekiem. Mówi: Słyszeliście, że powiedziano: «Będziesz miłował swego bliźniego», a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie.
Czy mógł postawić wyższe wymaganie? Czy mógł nakazać coś więcej? To naprawdę bardzo trudne: miłować tego, kto nas nienawidzi! Powiedzmy sobie szczerze: to prawdziwa rewolucja w myśleniu, to absolutny przełom w spojrzeniu na międzyludzkie relacje. Ale nowość nauki Jezusa właśnie takiej nowości myślenia chrześcijan się domagała i wciąż domaga.
Na ile jestem w stanie zmienić swoje spojrzenie na Boga, na otaczający świat, na drugiego człowieka, a wreszcie także: na samego siebie, żeby bardziej uwierzyć w Jezusa, posłuchać Go, dać się Mu poprowadzić, dać Mu coś mi wytłumaczyć, może przed czymś ostrzec?… Czy daję szansę Jezusowi, żeby czegoś dobrego w moim życiu dokonywał, czy jednak jestem tak zakochany w sobie i przekonany o swojej racji na każdy temat, że tę szansę tracę?…
Czy mam odwagę posłuchać Jezusa i coś w sobie zmienić – dla swojego własnego dobra?…

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Prorok prawdziwy - czy fałszywy?...


Szczęść Boże! Moi Drodzy, w dniu dzisiejszym imieniny przeżywa Elżbieta Kowalska, bardzo życzliwa i otwarta na ludzi Osoba z Parafii w Trąbkach. Dziękując za wszelkie dobro, jakiego ja sam wielokrotnie doznałem, życzę Drogiej Solenizantce Bożego błogosławieństwa i takiej, jak dotychczas, pogody ducha na każdy dzień! Niech będzie takim przebojowym świadkiem Chrystusa, o jakim mowa w dzisiejszym rozważaniu. Ze swej strony – zapewniam o modlitwie!
Wszystkim zaś życzę błogosławionego dnia!
Gaudium et spes! Ks. Jacek

Poniedziałek 11 Tygodnia zwykłego, rok II,
do czytań: 2 Krn 18,3–8.12–17.22; Mt 5,38–42

CZYTANIE Z DRUGIEJ KSIĘGI KRONIK:
Król izraelski, Achab, zwrócił się do króla judzkiego Jozafata: „Czy pójdziesz ze mną przeciw Ramot w Gileadzie?” Odpowiedział mu: „Ja tak jak i ty, lud mój jak i twój lud będziemy z tobą na wojnie”.
Ponadto Jozafat rzekł królowi izraelskiemu: „Najpierw zapytaj, proszę, o słowo Pana”.
Król więc izraelski zgromadził czterystu proroków i rzekł do nich: „Czy powinienem wyruszyć na wojnę o Ramot w Gileadzie, czy też powinienem tego zaniechać?” A oni odpowiedzieli: „Wyruszaj, a Bóg je da w ręce króla”. Jednak Jozafat rzekł: „Czy nie ma tu jeszcze jakiegoś proroka Pana, abyśmy przez niego mogli zapytać?” Na to król izraelski odrzekł Jozafatowi: „Jeszcze jest jeden mąż, przez którego można zapytać Pana. Ale ja go nienawidzę, bo mi nie prorokuje dobrze, tylko zawsze źle. Jest to Micheasz, syn Jimli”. Wtedy Jozafat powiedział: „Nie mów tak, królu”. Zawołał więc król izraelski któregoś dworzanina i rzekł: „Pośpiesz się po Micheasza, syna Jimli”. Ten zaś posłaniec, który poszedł zawołać Micheasza, powiedział mu tak: „Oto przepowiednie proroków są jednogłośnie pomyślne dla króla, niechże twoja przepowiednia, proszę cię, będzie jak każdego z nich, taką, żebyś zapowiedział powodzenie”. Wówczas Micheasz odrzekł: „Na życie Pana, na pewno będę mówił to, co powie mój Bóg”.
Potem przyszedł przed króla. Wtedy król się odezwał do niego: „Micheaszu, czy powinniśmy wyruszyć na wojnę przeciw Ramot w Gileadzie, czy też powinniśmy tego zaniechać?” Wtedy do niego przemówił: „Wyruszcie, a zwyciężycie. Będą oni oddani w wasze ręce”. Król zaś mu powiedział: „Ile razy mam ciebie zaklinać, żebyś mi mówił tylko prawdę w imieniu Pana?” Wówczas on rzekł: „Ujrzałem całego Izraela rozproszonego po górach, jak trzodę owiec i kóz bez pasterza. Pan Bóg rzekł: «Nie mają swego pana. Niech wróci każdy w pokoju do swego domu»”.
Wtedy król izraelski zwrócił się do Jozafata: „Czyż ci nie powiedziałem? Nie prorokuje mi pomyślności, tylko nieszczęścia”. Micheasz zaś mówił dalej: „Oto Pan dał teraz ducha kłamstwa w usta tych twoich proroków. Pan bowiem zawyrokował twoją zgubę”.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MATEUSZA:
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Słyszeliście, że powiedziano: «Oko za oko i ząb za ząb». A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi. Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz. Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące. Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie”.

Bardzo ciekawe następstwo wydarzeń zostało opisane w dzisiejszym pierwszym czytaniu. Oto król judzki, wespół z królem izraelskim, wybierają się na wojnę. Jednak zanim to nastąpi, dobrze byłoby – tak na wszelki wypadek – dowiedzieć się, czy jest to dobra decyzja, czy nie, i na jakie ewentualnie jej skutki należy się nastawiać. Trzeba zatem w tej sprawie zapytać jakiegoś proroka, wszak on od tego jest, żeby wiedział więcej, niż przeciętny człowiek – a nawet król – w kwestii przyszłości. Jak słyszeliśmy, zgromadziło się ich czterystu – i wszyscy jednogłośnie zachęcali do wyprawy, przepowiadając jej pomyślność.
Tutaj jednak mamy pierwsze zaskoczenie: okazało się bowiem, że król judzki, Jozafat, wyczuł nieszczerość ich proroctwa, dlatego zapytał o jakiegoś choćby jednego, ale wiarygodnego proroka. Okazało się, że takowy jest, tylko jest z nim jeden problem, o czym król izraelski powiedział bardzo szczerze i dobitnie: Jeszcze jest jeden mąż, przez którego można zapytać Pana. Ale ja go nienawidzę, bo mi nie prorokuje dobrze, tylko zawsze źle. Jest to Micheasz, syn Jimli. Jednakże, pomimo takiej opinii, zdecydował się po niego posłać.
I tutaj mamy kolejne zaskoczenie: posłaniec, który po niego przyszedł, ostrzegł go wyraźnie, aby wygłosił odpowiednie proroctwo, zgodne z oczekiwaniem króla. Powiedział: Oto przepowiednie proroków są jednogłośnie pomyślne dla króla, niechże twoja przepowiednia, proszę cię, będzie jak każdego z nich, taką, żebyś zapowiedział powodzenie.
Naturalnie, taki nakaz był nie do zaakceptowania przez prawdziwego proroka, dlatego Micheasz nie przystał na ten układ. Ale kiedy stanął przed obliczem króla, zaczął przepowiadać jakby zgodnie z tym, czego od niego oczekiwano, bo powiedział: Wyruszcie, a zwyciężycie. Będą oni oddani w wasze ręce.
I tutaj kolejne zaskoczenie: król zażądał prawdziwej przepowiedni. Wyczuł zapewne jakąś ostrą ironię w głosie Proroka, albo z jakiegoś jeszcze innego powodu dopomniał się o prawdę. Pomimo wszystko – o prawdę. Tyle, że kiedy ją usłyszał – jak się przekonujemy – nie był otwarty na jej przyjęcie. Powiedział bowiem do Jozafata, króla judzkiego, o Micheaszu: Czyż ci nie powiedziałem? Nie prorokuje mi pomyślności, tylko nieszczęścia.
Widzimy zatem cały ten dziwaczny mechanizm myślenia: z jednej strony chciałoby się, żeby głos zabrał prawdziwy prorok, a nie któryś z czterystu klakierów, ale żeby powiedział to, co „zleceniodawca” chce usłyszeć. Takie oczekiwanie jednak nie było możliwe do spełnienia, bo prawdziwy prorok kieruje się zasadą, jaką wypowiedział Micheasz, gdy był namawiany do wygłoszenia proroctwa, zgodnego z oczekiwaniem króla. Stwierdził wówczas: Na życie Pana, na pewno będę mówił to, co powie mój Bóg.
Otóż, właśnie! Prawdziwy prorok mówi to, czego chce Bóg. Fałszywy prorok mówi to, co ludzie chcą usłyszeć. Taka postawa – to oczywiste – sprzeciwia się temu, czego chce świat. Ale czyż nie takiego właśnie postępowania – idącego pod prąd oczekiwaniom świata, pod prąd ludzkim egoizmom i konformizmom – Jezus domaga się dziś w Ewangelii od swoich uczniów?
Chrześcijanin, przyjaciel i uczeń Jezusa, ma być dla swego otoczenia prawdziwym prorokiem – takim, który nie tylko słowem, ale całą swoją postawą będzie świadczył o Bogu i o Bożych zasadach, tak bardzo różnych od zasad, jakimi kieruje się świat. Prawdziwy chrześcijanin – prawdziwy prorok dla świata – ma właśnie te skostniałe i schematyczne zasady przełamywać, a wprowadzać Boże zasady, zapisane w Dekalogu i w Ewangelii. Nawet, jeśli świat nie będzie chciał ich słuchać – a wręcz: tym bardziej, im bardziej nie będzie chciał ich słuchać – ma jasno, jednoznacznie, wyraźnie i odważnie o nich świadczyć: słowem i całą swoją postawą. Ma mówić i pokazywać to, co chce przekazać Bóg, a nie to, co świat chce usłyszeć lub zobaczyć!
Czy mogę dziś o sobie powiedzieć, że jestem – według tych właśnie kryteriów – prawdziwym prorokiem, autentycznym i prawdziwym chrześcijaninem?…

niedziela, 17 czerwca 2018

My mamy siać - Bóg da wzrost!


Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Moi Drodzy, w dniu dzisiejszym imieniny przeżywa Albert Kajka, Organista w Miastkowie.
Urodziny natomiast przeżywa Cezary Kryczka, za moich czasów – Lektor w Radoryżu Kościelnym, czyli w Parafii mojego pierwszego wikariatu.
Życzę obu Panom, by w swoich Rodzinach i w miejscach pracy cierpliwie siali ziarno Bożego królestwa – i by nigdy nie załamywali się trudnościami, pamiętając, że wzrost ziarna da sam Bóg. Więcej o tym w rozważaniu. A ja, ze swej strony, zapewniam o modlitwie.
Moi Drodzy, serdecznie Wszystkich pozdrawiam i życzę pięknej niedzieli. Na jej przeżywanie – niech Was błogosławi Bóg wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen
Gaudium et spes! Ks. Jacek

11 Niedziela zwykła, B,
do czytań: Ez 17,22–24; 2 Kor 5,6–10; Mk 4,26–34

CZYTANIE Z KSIĘGI PROROKA EZECHIELA:
To mówi Pan Bóg: Ja także wezmę wierzchołek z wysokiego cedru i zasadzę, u najwyższych jego pędów ułamię gałązkę i zasadzę ją na górze wyniosłej i wysokiej.
Na wysokiej górze izraelskiej ją zasadzę. Ona wypuści gałązki i wyda owoc, i stanie się cedrem wspaniałym. Wszystko ptactwo pod nim zamieszka, wszystkie istoty skrzydlate zamieszkają w cieniu jego gałęzi.
I wszystkie drzewa polne poznają, że Ja jestem Panem, który poniża drzewo wysokie, który drzewo niskie wywyższa, który sprawia, że drzewo zielone usycha, który zieloność daje drzewu suchemu. Ja, Pan, rzekłem i to uczynię.

CZYTANIE Z DRUGIEGO LISTU ŚWIĘTEGO PAWŁA APOSTOŁA DO KORYNTIAN:
Bracia: Mając ufność, wiemy, że jak długo pozostajemy w ciele, jesteśmy pielgrzymami z daleka od Pana. Albowiem według wiary, a nie dzięki widzeniu postępujemy. Mamy jednak nadzieję i chcielibyśmy raczej opuścić nasze ciało i stanąć w obliczu Pana.
Dlatego też staramy się Jemu podobać, czy to gdy z Nim jesteśmy, czy gdy z daleka od Niego. Wszyscy bowiem musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby każdy otrzymał zapłatę za uczynki dokonane w ciele, złe lub dobre.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO MARKA:
Jezus powiedział do tłumów: „Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarno w kłosie. A gdy stan zboża na to pozwala, zaraz zapuszcza sierp, bo pora już na żniwo”.
Mówił jeszcze: „Z czym porównamy królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy? Jest ono jak ziarno gorczycy; gdy się je wysiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane, wyrasta i staje się większe od innych jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki powietrzne gnieżdżą się w jego cieniu”.
W wielu takich przypowieściach głosił im naukę, o ile mogli ją zrozumieć. A bez przypowieści nie przemawiał do nich. Osobno zaś objaśniał wszystko swoim uczniom.

Dlatego też staramy się Jemu podobać, czy to gdy z Nim jesteśmy, czy gdy z daleka od Niegotakie zdanie usłyszeliśmy dzisiaj w drugim czytaniu, z Listu Apostoła Pawła do Koryntian. Szczerze mówiąc, może zastanawiać, co miał na myśli Paweł, pisząc o sytuacji, w której to „z Jezusem, lub z daleka od Niego jesteśmy” – zważywszy, że nie może tu chodzić o fizyczne „bycie z Nim”, gdyż Jezus już wówczas w widzialnej swej postaci odszedł do Ojca. Zatem, o jakie „bycie z daleka” może chodzić? Czyżby chodziło o duchowe oddalenie, czyli o grzech? Ale w takiej sytuacji – z samej definicji niejako nie można podobać się Jezusowi!
Może zatem chodziło o rozróżnienie pomiędzy byciem na liturgii, byciem w świątyni, lub na modlitwie, czy w trakcie innej formy praktykowania swojej pobożności – a sytuacjami zwyczajnymi, codziennymi, w których podejmujemy takie najbardziej powszednie swoje zajęcia i obowiązki?… A tu akurat przydałoby się nam wszystkim większe zwrócenie uwagi na to, by podobać się Jezusowi. Bo z tym akurat – powiedzmy sobie szczerze – różnie bywa.
Kiedy jesteśmy na Mszy Świętej, na modlitwie, kiedy spełniamy różne religijne praktyki, wtedy jesteśmy rzeczywiście bardzo blisko Jezusa – zwłaszcza, jeżeli czynności te spełniamy z dobrym nastawieniem, ze skupieniem, ze szczerą intencją. Jednak kiedy podejmujemy swoje obowiązki domowe, albo szkolne, albo zawodowe; albo też wchodzimy w nasze codzienne relacje sąsiedzkie, wówczas nie zawsze – przyznajmy to pokornie – Jezusowi się podobamy. Na pewno, nie wszystkie nasze myśli, nie wszystkie nasze słowa, nie wszystkie nasze czyny – podobają się Jezusowi…
Chyba, że ktoś jest przekonany, iż zawsze się podoba… Ale raczej trudno to sobie wyobrazić, aby ktoś tu, na ziemi, tak postępował, by wszystko, cokolwiek robił, zawsze robił dobrze, bez żadnych wątpliwości, zastrzeżeń, czy błędów. Owszem, byłoby wspaniale, gdyby się tak udało, ale wiemy, jak jest. Jesteśmy tylko ludźmi.
I chyba nawet nie w tym jest problem, że to lub owo nam nie wychodzi, chociaż bardzo chcemy, żeby wyszło. Wtedy z pewnością podobamy się Jezusowi, bo Jemu na pewno podoba się postawa tego człowieka, który ma dobre i czyste intencje, dobre zamiary, i robi wszystko, aby je zrealizować, ale słabość ludzka mu w tym przeszkadza. Taki człowiek na pewno podoba się Jezusowi – bo i chyba każdy z nas może wiele ciepłych słów powiedzieć o kimś, kto stara się zrobić coś dobrego, tylko z ludzkiej słabości mu nie zawsze wychodzi.
W taki sposób każdy rodzic cieszy się z pierwszych, nawet bardzo nieporadnych, słów lub kroków swojego dziecka. Jak więc Jezus ma się nie cieszyć ze szczerych wysiłków człowieka, aby uczynić coś dobrego – choćby te wysiłki nie od razu przynosiły owoce.
Natomiast trudno zaakceptować i pochwalić postawę kogoś, kto świadomie wprowadza radykalne rozróżnienie pomiędzy – nazwijmy to tak – sferą sacrum i profanum w swoim życiu. To znaczy: w kościele, w trakcie modlitwy, w trakcie nabożeństwa, czy jakiejś pielgrzymki, albo kiedy wypada ślub lub pogrzeb w rodzinie – wtedy jest pobożny, bardzo bliski Jezusowi, wychwala Go swymi modlitwami i śpiewami, swymi złożonymi do modlitwy rękami
Jednak kiedy przyjdzie ta nasza tak zwana „szara codzienność” i podejmuje on codzienne swoje zwyczajne obowiązki – jakże często w ogóle mu nie zależy, żeby się Jezusowi podobać. Bo po co się o to martwić, skoro się już „swoje” na odcinku religijnym zrobiło?… I mamy ostry rozdział sfery, na której podobamy się Jezusowi od tej, na której… niekoniecznie.
A ponieważ takie rozdzielenie serca człowieka na dwa, zupełnie przeciwstawne sobie nastawienia, jest niemożliwe, bo nikt z nas nie może być jednocześnie „za” i jednocześnie „przeciw”; albo „za, a nawet przeciw”, toteż albo podobamy się Jezusowi we wszystkim, albo we wszystkim Mu się nie podobamy. Nie może być owego ostrego podziału na dwie przeciwstawne sobie rzeczywistości w jednym ludzkim sercu. My się mamy zawsze podobać Jezusowi, czy to gdy z Nim jesteśmy, czy gdy z daleka od Niego.
I mamy jednocześnie wyjaśnienie, dlaczego właśnie tak. Otóż, wszyscy […] musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby każdy otrzymał zapłatę za uczynki dokonane w ciele, złe lub dobre. I staniemy tam z całym swoim życiem, z całą swoją postawą – taką, jaka ona naprawdę była, a nie jaką my chcielibyśmy zaprezentować, żeby dobrze wypaść na Sądzie. Nie! Każdy z nas otrzyma zapłatę za uczynki dokonane w ciele, złe lub dobre. Za to, co naprawdę zrobił, osiągnął, zbudował… Za to, co naprawdę wyrosło na glebie jego serca. A co wyrosło?
Z pewnością to, co zostało wcześniej posiane. Jezus w Ewangelii dzisiejszej mówi, że z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarno w kłosie.
I jeszcze jedno porównanie z dzisiejszej Ewangelii. Jezus pyta: Z czym porównamy królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy?; na co tak odpowiada: Jest ono jak ziarno gorczycy; gdy się je wysiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane, wyrasta i staje się większe od innych jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki powietrzne gnieżdżą się w jego cieniu.
A w Proroctwie Ezechiela znajdujemy motyw podobny. Słyszymy takie oto zapowiedzi ze strony Boga: Ja także wezmę wierzchołek z wysokiego cedru i zasadzę, u najwyższych jego pędów ułamię gałązkę i zasadzę ją na górze wyniosłej i wysokiej. Na wysokiej górze izraelskiej ją zasadzę. Ona wypuści gałązki i wyda owoc, i stanie się cedrem wspaniałym. Wszystko ptactwo pod nim zamieszka, wszystkie istoty skrzydlate zamieszkają w cieniu jego gałęzi.
Zatem – motyw siewu i wzrostu. Maleńkie ziarenko staje się kłosem, albo nawet wielkim drzewem. I maleńka gałązka rozrasta się do rozmiarów wielkiego drzewa. Dlaczego tak się dzieje? Bo Bóg tak chce. Bo na tym właśnie polega niezwykły cud życia! Maleńkie ziarenko zawiera w sobie wielki potencjał życia. I maleńka gałązka także. Na tym polega wzrost Bożego królestwa w sercach ludzi, a jeżeli tam – to i na całym świecie. To Bóg daje ów wzrost. To Jego sprawa! To Jego dzieło! Naszym zadaniem jest siać – siać dobre ziarno do własnego serca, do serc innych ludzi. A wzrost – da Bóg.
Tak właśnie całą sprawę przedstawił Papież Benedykt XVI, dzieląc się z wiernymi, na Placu Świętego Piotra, w dniu 17 czerwca 2012 roku, w ramach rozważania przed modlitwą „Anioł Pański”, następującą refleksją:
W dzisiejszej liturgii czytamy dwie krótkie przypowieści Jezusa: o ziarnie, które samoczynnie rośnie, i o ziarnku gorczycy. Posługując się obrazami zaczerpniętymi ze świata rolnictwa, Pan przedstawia tajemnicę Słowa i królestwa Bożego oraz wskazuje powody naszej nadziei i naszego zaangażowania.
W pierwszej przypowieści uwaga skierowana jest na losy zasiewu: ziarno, które zostaje rzucone w ziemię, kiełkuje i rośnie samo, zarówno wtedy, gdy rolnik śpi, jak i wtedy, gdy czuwa. Człowiek sieje z nadzieją, że jego praca nie pozostanie bezowocna. Tym, co podtrzymuje rolnika w jego codziennych trudach, jest właśnie ufność w moc drzemiącą w ziarnie i dobrą jakość gleby.
Przypowieść ta przywodzi na myśl tajemnicę stworzenia i odkupienia, owocnego dzieła Boga w historii. To On jest Panem królestwa człowiek jest Jego pokornym współpracownikiem, który rozważa stwórcze działanie Boże, raduje się nim i oczekuje cierpliwie na jego owoce. Końcowe żniwo kieruje nasze myśli ku ostatecznej interwencji Boga na końcu czasów, gdy zrealizuje On w pełni swoje królestwo. Teraźniejszość jest czasem zasiewu, a wzrastanie ziarna zapewnia Pan.
Każdy chrześcijanin wie zatem dobrze, że powinien czynić wszystko, co w jego mocy, ale ostateczny wynik zależy od Boga: ta świadomość podtrzymuje go w trudzie codziennym, szczególnie w trudnych sytuacjach. Pisał o tym Święty Ignacy Loyola: «Działaj tak, jakby wszystko zależało od ciebie, wiedząc jednak, że w rzeczywistości wszystko zależy od Boga».
W drugiej przypowieści również znajdujemy obraz zasiewu. Mowa jest w niej jednak o specyficznym ziarnie — o ziarnie gorczycy, które uważano za najmniejsze z wszystkich nasion. Choć jest tak małe, to jednak jest pełne życia; gdy pęka, wyrasta z niego zarodek zdolny przebić ziemię i przedrzeć się na światło słoneczne i wzrastać, aż stanie się większe od innych jarzyn: słabość jest siłą nasienia, jego rozpadnięcie się – jest jego mocą.
Takie jest królestwo Boże: rzeczywistość po ludzku mała, składająca się z ubogich w sercu; tych, którzy pokładają ufność nie we własne siły, ale w mocy miłości Boga; tych, którzy nie są ważni w oczach świata; a jednak to właśnie przez nich wdziera się moc Chrystusa i przemienia to, co jest pozornie mało znaczące.
Obraz ziarna jest szczególnie drogi Jezusowi, gdyż dobrze wyraża tajemnicę królestwa Bożego. W obu dzisiejszych przypowieściach ukazuje on «wzrost» i «kontrast»: wzrost, który następuje dzięki dynamizmowi zawartemu w samym ziarnie, i kontrast między maleńkością ziarna a wielkością tego, co ono wytwarza. Przesłanie jest jasne: królestwo Boże, nawet jeśli wymaga naszej współpracy, jest przede wszystkim darem Pana; łaską, która wyprzedza człowieka i jego dzieła. Nasza niewielka siła, pozornie bezbronna wobec problemów świata, jeśli jest zanurzona w moc Bożą, nie lęka się przeszkód, jest bowiem pewna zwycięstwa Pana.
Jest to cud miłości Boga, która sprawia, że kiełkuje i rośnie wszelkie ziarno dobra, rozsiewane po ziemi. A doświadczenie tego cudu miłości sprawia, że jesteśmy optymistami, pomimo napotykanych trudności, cierpień i zła. Ziarno kiełkuje i wzrasta, gdyż sprawia to miłość Boga.”
Tak mówił Papież Benedykt XVI, a my raz jeszcze bierzemy sobie do serca jego cenne słowa, iż „każdy chrześcijanin wie […] dobrze, że powinien czynić wszystko, co w jego mocy, ale ostateczny wynik zależy od Boga: ta świadomość podtrzymuje go w trudzie codziennym, szczególnie w trudnych sytuacjach.”
Tak, przyznajmy to szczerze, że te trudne sytuacje zniechęcają nas do ciągłego i konsekwentnego zasiewu dobra, kiedy nie widać jego owoców – czasami nawet przez dłuższy czas. To zniechęca niejednego rodzica do starania się o przemianę dziecka; niejednego nauczyciela do starania się o ukształtowanie właściwej postawy ucznia; także – trzeba to pokornie przyznać – niejednego księdza do starania się o duchowy rozwój swoich parafian. Wrażenie bezowocności, chłodnego dystansu, czy wręcz zamkniętych serc po stronie ludzi powoduje zmęczenie, zniechęcenie, rezygnację, niekiedy nawet łzy…
A jednak – naszym zadaniem jest siać, siać, ciągle siać… A Bóg da wzrost. Na pewno da! Bo królestwo Boże – to właśnie Jego królestwo, jak nam przypomniał Benedykt XVI. Zatem, to On sam, Bóg, zatroszczy się o wzrost sianego ziarna. My natomiast nie możemy przestać siać. Nawet niekiedy wbrew sobie samym. Warto! Bóg da wzrost.
My sami zaś, dzięki takiej właśnie konsekwentnej i wytrwałej postawie, najbardziej będziemy się Mu podobali