wtorek, 24 kwietnia 2018

Chrześcijanin - tu i teraz


Szczęść Boże! Moi Drodzy, w dniu dzisiejszym imieniny przeżywają: Grzegorz Sosnowski, za moich czasów – Lektor w Wojcieszkowie, oraz Grzegorz Bessaraba, należący w swoim czasie do jednej z młodzieżowych Wspólnot. Życzę Solenizantom, aby – jak o tym dzisiaj jest w rozważaniu – swoje chrześcijaństwo pojmowali bardzo dosłownie. Zapewniam o modlitwie!
A jutro obchodzić będziemy Święto Świętego Marka Ewangelisty. I w to Święto będziemy mogli ucieszyć się na naszym forum obecnością jednego z Solenizantów – tego dla mnie najważniejszego. Tak, tak – jutro słówko z Syberii. Ja swoje życzenia napiszę tu w czwartek, ale na Was liczę już od dzisiaj! A już szczególnie jutro!
Gaudium et spes! Ks. Jacek

Wtorek 4 Tygodnia Wielkanocy,
do czytań: Dz 11,19–26; J 10,22–30

CZYTANIE Z DZIEJÓW APOSTOLSKICH:
Ci, których rozproszyło prześladowanie, jakie wybuchło z powodu Szczepana, dotarli aż do Fenicji, na Cypr i do Antiochii, głosząc słowo samym tylko Żydom. Niektórzy z nich pochodzili z Cypru i z Cyreny. Oni to po przybyciu do Antiochii przemawiali też do Greków i opowiadali Dobrą Nowinę o Panu Jezusie. A ręka Pańska była z nimi, bo wielka liczba uwierzyła i nawróciła się do Pana.
Wieść o tym doszła do uszu Kościoła w Jerozolimie. Wysłano do Antiochii Barnabę. Gdy on przybył i zobaczył działanie łaski Bożej, ucieszył się i zachęcał wszystkich, aby całym sercem wytrwali przy Panu; był bowiem człowiekiem dobrym i pełnym Ducha Świętego i wiary. Pozyskano wtedy wielką liczbę dla Pana.
Barnaba udał się też do Tarsu, aby odszukać Pawła. A gdy znalazł, przyprowadził go do Antiochii i przez cały rok pracowali razem w Kościele, nauczając wielką rzeszę ludzi. W Antiochii też po raz pierwszy nazwano uczniów chrześcijanami.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO JANA:
Obchodzono w Jerozolimie uroczystość Poświęcenia Świątyni. Było to w zimie. Jezus przechadzał się w świątyni, w portyku Salomona.
Otoczyli Go Żydzi i mówili do Niego: „Dokąd będziesz nas trzymał w niepewności? Jeśli Ty jesteś Mesjaszem, powiedz nam otwarcie”.
Rzekł do nich Jezus: „Powiedziałem wam, a nie wierzycie. Czyny, których dokonuję w imię mojego Ojca, świadczą o Mnie. Ale wy nie wierzycie, bo nie jesteście z moich owiec.
Moje owce słuchają mojego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną i Ja daję im życie wieczne. Nie zginą one na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki.
Ojciec mój, który Mi je dał, jest większy od wszystkich. I nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca. Ja i Ojciec jedno jesteśmy”.

Jak nas dzisiaj informuje Księga Dziejów Apostolskich, to właśnie w Antiochii po raz pierwszy nazwano uczniów chrześcijanami. I tak już zostało do dzisiaj. Określenie to – a nawet bardziej imię, niż określenie – jest nie tylko nazwą pewnej grupy ludzi, wyznającej jakieś wspólnie przyjęte zasady, ale jest dotknięciem najgłębszej istoty ich życia. Bo określenie: „chrześcijanin” to nie jest tylko nazwą fachu, jakim zajmują się dani ludzie, ani tytułem naukowym, czy wskazaniem na funkcję, pełnioną w społeczności. Nie jest to zatem coś w stylu „pani magister”, „pan dyrektor”, czy w ogóle: „szanowny pan”, lub „szanowna pani”.
Określenie to – podobnie, jak imię człowieka – dotyka człowieka w jego wewnętrznych przeżyciach, mówi o jego godności, wielkości i przeznaczeniu. Za to imię tak wielu ludzi oddało życie! Oczywiście, nie za imię jako takie, ale za to, co ono oznacza i co w sobie zawiera. A cóż ono w sobie zawiera?
A to właśnie, o czym chociażby dzisiaj słyszymy w pierwszym czytaniu: całą wielką miłość, jaka łączyła pierwszych uczniów Chrystusa i jaka dzisiaj powinna ich łączyć, ale także tę wielką ofiarę, jaką ciągle przychodzi im składać na ołtarzu miłości do Boga. Dzisiaj słyszymy i o jednym, i o drugim: najpierw jest mowa o prześladowaniach, jakie wybuchły po śmierci Szczepana, ale jednocześnie mamy aspekt pozytywny: te prześladowania zaowocowały rozprzestrzenieniem się Dobrej Nowiny po wielu nowych miejscach. I licznymi nawróceniami, będącymi wynikiem działania łaski Bożej.
Coś niezwykle pięknego jest chociażby w tych słowach: Wysłano do Antiochii Barnabę. Gdy on przybył i zobaczył działanie łaski Bożej, ucieszył się i zachęcał wszystkich, aby całym sercem wytrwali przy Panu; był bowiem człowiekiem dobrym i pełnym Ducha Świętego i wiary. Pozyskano wtedy wielką liczbę dla Pana. Barnaba udał się też do Tarsu, aby odszukać Pawła. A gdy znalazł, przyprowadził go do Antiochii i przez cały rok pracowali razem w Kościele, nauczając wielką rzeszę ludzi. I jakby w podsumowaniu całej tej entuzjastycznej relacji pojawia się stwierdzenie, że uczniów – tych właśnie, pełnych miłości i zapału uczniów Chrystusa – właśnie wtedy po raz pierwszy nazwano chrześcijanami.
Byli oni tymi, o których Jezus dzisiaj mówi w Ewangelii: Moje owce słuchają mojego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną i Ja daję im życie wieczne. Nie zginą one na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki. Tak, nawet prześladowania, które tu, na ziemi, ich dotkną – nie wyrwą ich z ręki Jezusa. A nawet jeszcze bardziej – jak słyszymy – z Jezusem zjednoczą.
Moi Drodzy, nie możemy – w kontekście tego, co tu dziś słyszymy – nie zapytać o nasze chrześcijaństwo. Ile jest w nim tego entuzjazmu, tego ognia, który rozpalał serca pierwszych uczniów Chrystusa? Czy dla nas określenie: „chrześcijanin” jest także drugim imieniem, czy tylko takim niekoniecznym dodatkiem do codzienności, która aż nadto nas pochłania?… Innymi słowy: czy bycie chrześcijaninem to dla nas sprawa wewnętrzna, czy zupełnie zewnętrzna, powierzchowna?… Czy bycie chrześcijaninem pojmujemy jako przynależność do wspólnoty Dobrego Pasterza, czy tylko jako sprawę formalną?…
Warto dzisiaj, moi Drodzy, postawić sobie takie pytania. Bo rzeczywistość, w jakiej żyjemy, domaga się tego od nas. Ospałość i marazm wielu chrześcijan domaga się dzisiaj na nowo tego entuzjazmu, jakim wręcz porusza nas i zachwyca postawa pierwszych uczniów.
Zatem: co to dla mnie – tak konkretnie, w tym moim „tu i teraz” – oznacza, że jestem chrześcijaninem?…

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Pasterz owiec, które go nie chciały...


Szczęść Boże! Moi Drodzy, w dniu dzisiejszym imieniny obchodzą:
Ksiądz Wojciech Cholewa – mój Kolega kursowy;
Ksiądz Wojciech Bazan, Ksiądz Wojciech Lipka, Ksiądz Jerzy Duda, Ksiądz Jerzy Banak, Ksiądz Jerzy Przychodzeń – Kapłani z różnych względów mi bliscy i życzliwi;
Wojciech Wałachowski, Wojciech Bronisz, Wojciech Kubiak, Wojciech Sęk, Wojciech Głowienka – których spotkałem na przestrzeni kolejnych lat mojej pracy kapłańskiej jako zaangażowanych w życie Kościoła w różnych Wspólnotach młodzieżowych;
Wojciech Wysocki – z którym zapoznałem się poprzez osobistą korespondencję na blogu;
Jerzy Karlewski – z którym miałem przyjemność przez lata współpracować w ramach Pieszej Pielgrzymki Podlaskiej na Jasną Górę;
Jerzy Jaroń – Wójt Gminy Miastków Kościelny, Człowiek bardzo życzliwy, otwarty na współpracę na wielu frontach, a nade wszystko – Człowiek bardzo głębokiej wiary!
Urodziny zaś obchodzą:
Ojciec Mariusz Rudzki, Salezjanin, pochodzący z naszej rodzinnej Parafii – z którym przyjaźnimy się już od czasu wspólnej służby lektorskiej;
Piotr Paziewski – należący w swoim czasie do jednej z moich Wspólnot młodzieżowych.
Wszystkim dzisiejszym Solenizantom i Jubilatom życzę odwagi, wytrwałości i odporności psychicznej dzisiejszego Patrona. Aby się nigdy nie załamywali niepowodzeniami. O to – i o wszelkie inne dobro – będę się dla Nich modlił!
I nam wszystkim także niech Pan udzieli siły i mocy ducha – na dzisiejszy dzień i na całe życie!
Gaudium et spes! Ks. Jacek

Uroczystość Świętego Wojciecha, Biskupa i Męczennika,
Głównego Patrona Polski,
do czytań z t. VI Lekcjonarza: Dz 1,3–8; Flp 1,20c–30; J 12,24–26

CZYTANIE Z DZIEJÓW APOSTOLSKICH:
Po swojej męce Jezus dał Apostołom wiele dowodów, że żyje: ukazywał się im przez czterdzieści dni i mówił o królestwie Bożym. A podczas wspólnego posiłku kazał im nie odchodzić z Jerozolimy, ale oczekiwać obietnicy Ojca.
Mówił: „Słyszeliście o niej ode Mnie: Jan chrzcił wodą, ale wy wkrótce zostaniecie ochrzczeni Duchem Świętym”.
Zapytywali Go zebrani: „Panie, czy w tym czasie przywrócisz królestwo Izraela?” Odpowiedział im: „Nie wasza to rzecz znać czas i chwilę, które Ojciec ustalił swoją władzą, ale gdy Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi”.

CZYTANIE Z LISTU ŚWIĘTEGO PAWŁA APOSTOŁA DO FILIPIAN:
Bracia: Chrystus będzie uwielbiony w moim ciele: czy to przez życie, czy przez śmierć. Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk. Jeśli bowiem żyć w ciele – to dla mnie owocna praca, co mam wybrać? Nie umiem powiedzieć.
Z dwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść i być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze, pozostawać zaś w ciele to bardziej dla was konieczne. A ufny w to, wiem, że pozostanę, i to pozostanę nadal dla was wszystkich, dla waszego postępu i radości w wierze, aby rosła wasza duma w Chrystusie przeze mnie, przez moją ponowną obecność u was.
Tylko sprawujcie się w sposób godny Ewangelii Chrystusowej, abym ja, czy to gdy przybędę i ujrzę was, czy też będąc z daleka, mógł usłyszeć o was, że trwacie mocno w jednym duchu, jednym sercem walcząc wspólnie o wiarę w Ewangelię, i w niczym nie dajecie się zastraszyć przeciwnikom. To właśnie dla nich jest zapowiedzią zagłady, a dla was zbawienia, i to przez Boga. Wam bowiem z łaski dane jest to dla Chrystusa: nie tylko w Niego wierzyć, ale i dla Niego cierpieć, skoro toczycie tę samą walkę, jaką u mnie widzieliście, a o jakiej u mnie teraz słyszycie.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO JANA:
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity.
Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne.
A kto by chciał Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec”.

Patron dnia dzisiejszego, Święty Wojciech, urodził się około 956 roku, w możnej rodzinie Sławnikowiców, w Czechach. Ojciec jego, Sławnik, był głową możnego rodu. Matka Strzeżysława pochodziła również ze znakomitej rodziny. Wojciech był przedostatnim z siedmiu synów księcia Sławnika. W najstarszym rękopisie imię jego brzmi: Wojetech.
Według pierwotnych planów ojca, Wojciech miał być rycerzem. Ostatecznie o przeznaczeniu go do stanu duchownego – według biografów – zdecydowała choroba. Rodzice złożyli ślub, że gdy syn wyzdrowieje, będzie oddany Bogu na służbę. Nie można tego wykluczyć. Wydaje się jednak, że taki był po prostu zwyczaj w owych czasach, iż gdy rodzina można miała więcej dzieci, przeznaczała je do stanu duchownego na opatów, ksienie czy biskupów.
W 968 roku, Papież Jan XIII, dzięki inicjatywie cesarza Ottona I, ustanowił w Magdeburgu metropolię jako biskupstwo misyjne dla nawracania zachodnich Słowian. Pierwszym arcybiskupem tego miasta został Święty Adalbert. Pod jego opiekę Wojciech został wysłany, gdy miał lat szesnaście, w 972 roku. Na dworze metropolity kształcił się w szkole katedralnej. Tu się też przygotowywał przez długich dziesięć lat do swoich przyszłych duchownych obowiązków. Tam też otrzymał sakrament Bierzmowania. Z wdzięczności dla metropolity, przybrał sobie jego imię i jako Adalbert figuruje we wszystkich późniejszych dokumentach. Pod tym imieniem jest znany i czczony w Europie.
I to właśnie po śmierci metropolity Adalberta, w roku 981, nasz Patron powrócił do Pragi, po dziesięciu latach pobytu w Magdeburgu. Zastał tam wówczas pierwszego biskupa łacińskiego Pragi i Czech, Dytmara – Niemca, który od roku 973 rządził diecezją. Po jego śmierci, dnia 29 czerwca 983 roku odbyła się konsekracja właśnie Świętego Wojciecha na biskupa Pragi. Był w Czechach pierwszym biskupem narodowości czeskiej.
Do swojej biskupiej stolicy, Pragi, wszedł boso. Miał wtedy zaledwie dwadzieścia sześć lat. Jego hagiografowie są zgodni, że posiadane przezeń dobra biskupie nie były zbyt wielkie. A dzielił je: na utrzymanie budynków i sprzętu kościelnego, na potrzeby duchowieństwa katedralnego i diecezjalnego, na potrzeby własne, które były w tych wydatkach najmniejsze, i wreszcie także na ubogich. Zaopatrywał ich potrzeby i sam ich odwiedzał, słuchał pilnie ich skarg i próśb, odwiedzał więzienia, a przede wszystkim targi niewolnikami.
Praga leżała bowiem na szlaku ze wschodu na zachód. Handlem ludźmi zajmowali się Żydzi, dostarczając krajom muzułmańskim niewolników. Biograf pisze, że Biskup Wojciech miał mieć pewnej nocy sen, w którym usłyszał skargę Chrystusa: „Oto Ja jestem znowu sprzedany, a ty śpisz?”. Scenę tę przedstawia również jeden z obrazów, zamieszczony na sławnych drzwiach gnieźnieńskich, powstałych około 1127 roku.
Sytuacja Kościoła w Czechach w owym czasie nie była łatwa. Był on uzależniony od kaprysu możnych i władcy. Nie mniejsze kłopoty miał Biskup Wojciech z duchownymi. Wprowadzenie zasad życia wspólnotowego szło opornie wśród duchowieństwa katedralnego.
Kiedy więc Wojciech zobaczył, że jego napomnienia są daremne, a złe obyczaje dalej się szerzą, po pięciu latach rządów, w roku 988, postanowił opuścić swą stolicę. Swoje kroki skierował – między innymi – do Rzymu, aby u Papieża szukać rady i prosić o zwolnienie z obowiązków. Od cesarzowej Konstantynopola otrzymał też znaczny zasiłek w srebrze, by po zrzeczeniu się biskupstwa mieć na swoje utrzymanie. Jednak srebro rozdał między ubogich, a orszak biskupi odprawił do Czech.
Papież Jan XV przyjął z miłością udręczonego biskupa Pragi. Nie zwolnił go wprawdzie z obowiązków, ale pozwolił mu na czas pewien od nich się oddalić. Wtedy Wojciech zdecydował się wstąpić do benedyktynów w Rzymie. Wszystkie biografie podkreślają, że będąc tam, z wielką pokorą wypełniał wszystkie obowiązki zakonne, jakby od dawna był jednym z mnichów. Przebywał tam do roku 992.
Wtedy właśnie, na usilne prośby Czechów, postanowił wrócić do nich. Nie na długo jednak. Oto bowiem doszło do ostrego konfliktu z przedstawicielami jednego z możnych rodów, na których Wojciech rzucił klątwę za ich brutalność. Ci odpowiedzieli kolejną, jeszcze większą brutalnością: wymordowali braci Wojciecha, spalili jego rodzinny gród, nawet jemu samemu zagrozili.
Złamany tym wszystkim, po zaledwie niecałych trzech latach udał się potajemnie ponownie do Rzymu. Na Awentynie przyjęto go serdecznie. Papież również okazał mu dużo życzliwości. Niestety, w 996 roku, Jan XV umarł. Po jego śmierci znowu odezwały się głosy niektórych okolicznych biskupów, że Wojciech powinien powrócić do Pragi. Jednak Czesi przysłali mu ostateczną odpowiedź, że nie godzą się na jego powrót. Wtedy nasz Święty udał się do Polski.
Bolesław Chrobry bardzo się z tego ucieszył. Słyszał o nim wiele dobrego. Chciał więc go zatrzymać u siebie jako pośrednika w misjach dyplomatycznych. Kiedy jednak ten stanowczo odmówił i wyraził chęć pracy wśród pogan, urządzono wyprawę misyjną do Prus. Bolesław Chrobry dał Wojciechowi do osłony trzydziestu wojów. Biskupowi towarzyszył tylko jego brat, Błogosławiony Radzim, i subdiakon Benedykt Bogusza, który znał język pruski i mógł służyć za tłumacza. Działo się to wczesną wiosną 997 roku.
Wisłą udał się Wojciech do Gdańska, gdzie przez kilka dni głosił Ewangelię tamtejszym Pomorzanom. Stąd udał się w dalszą drogę. Aby nie nadawać swojej misji charakteru wojennej wyprawy, Wojciech oddalił żołnierzy. Niedługo potem dziki tłum otoczył misjonarzy i zaczął im złorzeczyć. Kiedy Wojciech zorientował się, że Prusy nie chcą nawrócenia, postanowił zakończyć misję powrotem do Polski. Prusacy poszli za nim. Miejsca męczeńskiej śmierci nie udało się uczonym dotąd zidentyfikować, ale mogło to być w okolicy Elbląga.
O tym, jak dokonało się męczeństwo dzisiejszego naszego Patrona, relacjonuje w „Żywocie Świętego Wojciecha” Jan Kanapariusz. Czytamy tam: „Już przy różowym brzasku dzień wstawał, gdy oni w dalszą ruszyli drogę, śpiewaniem psalmów skracając ją sobie i ciągle wzywając Chrystusa, słodką radość życia. Minąwszy knieje i ostępy dzikich zwierząt, około południa wyszli na polanę. Tam podczas Mszy, odprawianej przez Gaudentego, Święty Mnich przyjął Komunię Świętą, a po niej, aby ulżyć zmęczeniu spowodowanemu wędrówką, posilił się nieco. I wypowiedziawszy jeden werset oraz następny psalm, wstał z murawy i zaledwie odszedł na odległość rzutu kamieniem lub wypuszczonej strzały, siadł na ziemi. Tu zmorzył go sen. A ponieważ znużony był długą podróżą, więc całą mocą ogarnął go senny spoczynek.
W końcu, gdy wszyscy spali, nadbiegli wściekli poganie, rzucili się na nich z wielką gwałtownością i skrępowali wszystkich. Święty Wojciech zaś, stojąc naprzeciw Gaudentego i drugiego brata związanego, rzekł: „Bracia, nie smućcie się! Wiecie, że cierpimy to dla imienia Pana, którego doskonałość ponad wszystkie cnoty, piękność ponad wszelkie osoby, potęga niewypowiedziana, dobroć nadzwyczajna. Cóż bowiem mężniejszego, cóż piękniejszego nad poświęcenie miłego życia najmilszemu Jezusowi?”
Z rozwścieczonej zgrai wyskoczył zapalczywy Sicco i z całych sił wywijając ogromnym oszczepem, przebił na wskroś jego serce. Będąc bowiem ofiarnikiem bożków i przywódcą bandy, z obowiązku niejako pierwszą zadał ranę. Następnie zbiegli się wszyscy i wielokrotnie go raniąc nasycali swój gniew. […]
Umęczon był zaś Wojciech, święty i pełen chwały Męczennik Chrystusa, 23 kwietnia, i to w piątek. Stało się tak oczywiście dlatego, aby w tym samym dniu, w którym nasz Pan Jezus Chrystus cierpiał za człowieka, także ten człowiek cierpiał dla swego Boga.” Tyle z opisu śmierci Świętego Wojciecha.
Po pewnym czasie zwrócono się do króla Polski z propozycją oddania ciała Świętego za odpowiednim okupem. Król Polski sprowadził je najpierw do Trzemeszna, a potem uroczyście do Gniezna. Cesarz Otto III, na wiadomość o śmierci męczeńskiej przyjaciela, natychmiast zawiadomił o niej Papieża z prośbą o kanonizację. Była to pierwsza w dziejach Kościoła kanonizacja, ogłoszona przez Papieża, gdyż dotąd ogłaszali ją biskupi miejscowi. Dokonał jej Sylwester II przed rokiem 999, wyznaczając dzień liturgicznego wspomnienia na 23 kwietnia. Wtedy także zapadła decyzja utworzenia w Polsce nowej, niezależnej metropolii w Gnieźnie, której Patronem został ogłoszony właśnie Święty Wojciech. Jest on Patronem Kościoła w Polsce.
Słuchając słowa Bożego, przeznaczonego na dzisiejszy dzień w liturgii Kościoła, odnajdujemy w dylematach, z jakimi zmagał się Święty Paweł, także te dylematy, z jakimi nieraz na pewno mocował się Święty Wojciech. Oto bowiem i on także – jak Apostoł Narodów – mówił sobie w skrytości serca: Chrystus będzie uwielbiony w moim ciele: czy to przez życie, czy przez śmierć. Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk. Jeśli bowiem żyć w ciele – to dla mnie owocna praca, co mam wybrać? Nie umiem powiedzieć.
W hymnie dzisiejszej brewiarzowej Godziny czytań wypowiadamy takie słowa:Wśród udręk duszy i niezrozumienia, palony żarem wewnętrznej rozterki, szukałeś Boga idąc drogą krzyża – za swoim Mistrzem.” I dalej: Pasterzu owiec, które cię nie chciały, odszedłeś od nich wzgardzony i cichy, składając siebie Panu na ofiarę za ich zbawienie.” Otóż, właśnie… Przyszło być naszemu dzisiejszemu Patronowi Pasterzem owiec, które go nie chciały…
On jednak szukał ciągle sposobu dotarcia do ich serc. Wiedział bowiem – głęboko w sercu przeżywając przesłanie dzisiejszej Ewangelii – że jeśli ziarno w ziemię nie upadnie, zostaje samo, lecz kiedy obumrze, znajduje życie i przynosi plony w stokrotnych kłosach.” To kolejna zwrotka wspomnianego hymnu.
Tak, Święty Wojciech swoje życie uczynił całkowitym darem dla tych, do których był posłany. Mówiąc „całkowitym” mamy tu na myśli nie tylko to, że bez reszty poświęcił swoje siły i talenty, swoje zaangażowanie i swój czas, a na końcu swoje życie, ale także i to, że nie dane mu było doświadczyć takiej zwyczajnej, ludzkiej satysfakcji z posługi, bo przez swoich wiernych po prostu był niechciany…
W takiej sytuacji trwać, w takiej sytuacji apostołować – to prawdziwe bohaterstwo! To prawdziwa świętość! A jednak – Wojciech pozostał wierny Bogu i swojej misji. Niech będzie dla nas wzorem trwania przy Jezusie i przy Jego zasadach – pomimo tego, że często będzie to coś, albo nawet dużo kosztowało, a i wśród ludzi zabraknie zrozumienia, czy wręcz pojawi się szyderstwo, lekceważenie, czy odrzucenie.
Prawdziwymi zwycięzcami zawsze ostatecznie okazują się ci, którzy bez względu na okoliczności trwają przy Jezusie i Jego – a jednocześnie swoich – zasadach; którzy mają mocny, moralny kręgosłup i nie chcą się wszystkim przypodobać za wszelką cenę. Takim był Święty Wojciech.
Niech więc i nam wyprosi łaskę bycia takimi! Bo takich – szczególnie dzisiaj – wyjątkowo potrzeba!
Czy jestem takim?…

niedziela, 22 kwietnia 2018

Znam owce moje...


Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Moi Drodzy, dzisiaj przeżywamy Niedzielę Dobrego Pasterza – czyli czwartą Niedzielę Wielkanocy, której przesłanie właśnie mówi o Jezusie jako dobrym Pasterzu, szukającym każdej swojej owcy. Ta niedziela jest też tradycyjnie związana z modlitwą o nowych i dobrych pasterzy, którzy w Kościele podjęliby misję tego jedynego Pasterza. W związku z tym, dzisiaj przeżywamy 55 Światowy Dzień Modlitw o Powołania, rozpoczynający Tydzień Modlitw o Powołania.
Proszę Was, moi Drodzy, abyście – abyśmy – wszyscy włączyli się w tę modlitwę. Ja ze swej strony szczególnie polecam Waszej pamięci Parafię Miastków, gdzie powołania kapłańskiego nie było już od pięćdziesięciu lat! Módlcie się także o powołania kapłańskie i zakonne z Waszych Parafii.
W Miastkowie przez cały dzień słowo Boże będzie głosił – obecny z nami od kilku dni – Ksiądz Doktor Adam Kulik, Profesor siedleckiego Seminarium. Słowo to – z tego, co wiem – ma być właśnie w tym tonie utrzymane.
Jednocześnie, Stowarzyszenie Świętego Franciszka, działające w Garwolinie, ma dziś pokazać inscenizację o Ojcu Honoracie Koźmińskim, Kapucynie, Założycielu wielu zgromadzeń zakonnych. Dodam na marginesie, że pochodził On z Białej Podlaskiej… Dzisiaj w Jego rolę wcieli się Prezes naszej Służby liturgicznej, Jakub Pałysa. Mam nadzieję na wspaniałe przeżycia estetyczne!
Na głębokie i radosne przeżywanie dnia Pańskiego – Niedzieli Dobrego Pasterza – niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec + i Syn, i Duch Święty. Amen
Gaudium et spes! Ks. Jacek

4 Niedziela Wielkanocna, B,
do czytań: Dz 4,8–12; 1 J 3,1–2; J 10,11–18

CZYTANIE Z DZIEJÓW APOSTOLSKICH:
Piotr napełniony Duchem Świętym powiedział: „Przełożeni ludu i starsi! Jeżeli przesłuchujecie nas dzisiaj w sprawie dobrodziejstwa, dzięki któremu chory człowiek uzyskał zdrowie, to niech będzie wiadomo wam wszystkim i całemu ludowi Izraela, że w imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, którego wy ukrzyżowaliście, a którego Bóg wskrzesił z martwych, że przez Niego ten człowiek stanął przed wami zdrowy.
On jest kamieniem, odrzuconym przez was, budujących, tym, który stał się kamieniem węgielnym. I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni”.

CZYTANIE Z PIERWSZEGO LISTU ŚWIĘTEGO JANA APOSTOŁA:
Najmilsi: Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi; i rzeczywiście nimi jesteśmy. Świat zaś dlatego nas nie zna, że nie poznał Jego. Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się to ujawni, będziemy do Niego podobni; bo ujrzymy Go takim, jakim jest.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO JANA:
Jezus powiedział: „Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, do którego owce nie należą, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza. Najemnik ucieka dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach.
Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I te muszę przyprowadzić i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia i jeden pasterz.
Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je potem znów odzyskać. Nikt mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca”.

I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni. Bardzo jednoznacznie brzmią słowa, wypowiedziane przez Świętego Piotra. Nie mamy chyba jednak żadnych wątpliwości, że słowa te mają wartość świadectwa. Oto bowiem wypowiada je człowiek, który bardzo wiele w życiu przeżył. Nade wszystko – trzy lata intensywnej bliskości Jezusa. Intensywnej, bo w tym czasie doświadczył i wielkich radości i uniesień, ale także ogromnej własnej słabości, wyrażającej się chociażby trzykrotnym zaparciem się Jezusa.
I jeżeli po tym wszystkim Piotr daje takie właśnie świadectwo o zmartwychwstałym Jezusie, jakie słyszeliśmy w pierwszym czytaniu, zakończone dodatkowo stwierdzeniem, iż nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni – to znaczy, że musiał mieć co do tego niemalże absolutne przekonanie. On te słowa nie tylko wypowiedział – on te słowa głęboko w sercu przeżył.
Tym bardziej, że potwierdzeniem jego słów jest uzdrowienie człowieka, dokonane mocą Jezusa, o które to uzdrowienie toczy się – jak słyszymy – cały spór. A w rzeczywistości spór może nie tyle toczy się o uzdrowienie, bo to jest wydarzenie cudowne i trudno na ten temat więcej dyskutować. Właściwie to należałoby się zachwycić tak niesamowitym faktem i nic nie mówić. Spór natomiast toczy się o to, w jaki sposób dokonało się to dobro, w jakie imię. Oczywiście – w imię Jezusa Chrystusa!
Bo przecież – nie ma na świecie żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni. I tym właśnie Imieniem naznaczeni są także ci, którzy w Jezusa wierzą. W drugim czytaniu, wyjętym z Pierwszego Listu Świętego Jana Apostoła słyszymy, że zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy. […] Obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się to ujawni, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest. A zatem noszenie imienia dziecka Bożego, po prostu – noszenie imienia Jezusa stanowi o tym, że jesteśmy do Niego w jakiś sposób podobni, że mamy być coraz bardziej ukształtowani na Jego wzór. Trzeba jednak to Imię bardziej poznać, trzeba je bardziej jeszcze ukochać. Zacząć je bardziej szanować.
Jest to bowiem Imię bardzo szczególne, jest to Imię, w którym jest wielka moc. I jeżeli Jezus dzisiaj w Ewangelii mówi: Ja jestem dobrym Pasterzem i znam owce moje, a moje mnie znają, podobnie jak mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca – to domyślamy się, że ta znajomość jest znajomością właśnie po imieniu. Kiedy się bowiem mówi, że się kogoś zna, to na pewno zna się przede wszystkim jego imię. A jeżeli jeszcze jeden do drugiego zwraca się po imieniu, to już jest znakiem znajomości większej, znajomości pełnej.
Jezus zna nas po imieniu. To znaczy, nie tylko wie, jak każdy i każda z nas ma na imię, ale jak dobry pasterz właśnie – dostrzega każdego indywidualnie, dostrzega każdego z jego bogactwem wewnętrznych przeżyć. Dla Jezusa Jego uczniowie nie są jakimś bezkształtnym tłumem, jakąś bliżej nie określoną masą. On do każdego zwraca się indywidualnie. Jeżeli tak można powiedzieć – to Jezus każdego po imieniu kocha. Ewangeliczny obraz dobrego pasterza świetnie oddaje tę prawdę.
I teraz cała sprawa w tym, abyśmy tym samym Jezusowi odpowiedzieli. To znaczy – abyśmy chcieli Go poznać po Imieniu, czyli dostrzegali wielkość, indywidualność Jezusa, abyśmy chcieli o tym Jezusie jak najwięcej się dowiedzieć. Abyśmy chcieli jak najbardziej poznać Go w Jego nauczaniu. Abyśmy z jak największym szacunkiem wypowiadali święte imię Jezusa, święte imię Boże – bo z tym akurat u nas nie jest najlepiej… I abyśmy starali się jak najbardziej do Jezusa upodobnić – do czego zachęca nas drugie czytanie.
Wszyscy bowiem nosimy imię chrześcijanina, a więc kogoś, kto należy do Chrystusa. Chrześcijanin po łacinie to CHRISTIANUS, a CHRISTIANUS dosłownie to „człowiek Chrystusowy”, „człowiek należący do Chrystusa”. A my dzisiaj jeszcze dopowiemy – to „człowiek noszący imię Chrystusa”. Imię chrześcijanina otrzymaliśmy na Chrzcie Świętym, ale przez codzienne staranie o to, aby się upodobnić do Jezusa Chrystusa, mamy potwierdzać, że to Imię jest naprawdę naszym imieniem. To wielki zaszczyt – nosić takie Imię. A zaszczyt – jak każdy zaszczyt – nobilituje, ale także bardzo konkretnie zobowiązuje do tego, aby mu sprostać, aby być tego zaszczytu godnym.
Stąd też nie można nazywać się chrześcijaninem, a żyć dokładnie przeciwnie do tego stylu życia, jaki proponuje Jezus. Nie można być chrześcijaninem z nazwy. Człowiek Chrystusa – to człowiek związany z Nim bardzo mocno; to człowiek, który stara się myśleć kategoriami Jezusa, który stara się na sposób Jezusowy postrzegać innych ludzi, na sposób Jezusowy rozwiązywać swoje sprawy. Właśnie – rozwiązywać je w imię Jezusa, w imię Boże. Im bardziej będziemy do Jezusa podobni, tym łatwiej będzie nam podejmować nawet najtrudniejsze działania – w imię Boże.
Trzeba, abyśmy tego Imienia jak najczęściej wzywali, ale z szacunkiem – żeby to jeszcze raz powtórzyć – jako że jedną z naszych najczęstszych wad wydaje się być właśnie nadużywanie imienia Bożego, to znaczy wypowiadanie Go w sposób niekontrolowany, bezwiedny, a nawet niejednokrotnie: w połączeniu z przekleństwami!
My – chrześcijanie; my – ludzie Chrystusa; my – przyjaciele zmartwychwstałego Mistrza nie możemy w ten sposób traktować Imienia, którym przecież sami także jesteśmy nazwani. Stąd potrzeba wypowiadania tego Imienia z ogromnym szacunkiem i miłością, skoro – jak słyszeliśmy – w tym Imieniu jest nasze zbawienie! A do tego – jak w innych miejscach poucza nas Pismo Święte – przed tym imieniem drżą złe duchy.
Od nas Jezus nie oczekuje, abyśmy drżeli ze strachu, kiedy wypowiadamy święte imię Boże, ale na pewno oczekuje szacunku, aby ci, którzy są Jego przyjaciółmi, nie lekceważyli świętości tego Imienia. I aby z jak największym szacunkiem wypowiadali słowa, związane z uczynieniem znaku Krzyża: „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Bardzo niedbale często czynimy ten znak, zapominając niejednokrotnie o słowach, które przy tej okazji należy wypowiedzieć.
A przecież tu nie chodzi o wypowiedzenie formułki dla samej formułki, ale o podkreślenie tego, że coś będziemy czynili w imię Boże; że dzień, który rozpoczynamy, chcemy przeżywać w imię Boże; że tego właśnie Imienia wzywamy przed podróżą, aby sam Bóg strzegł naszej drogi, ale także – aby z tego naszego wyjazdu mogło wyniknąć dobro duchowe dla nas samych i dla tych, do których się wybieramy.
Aby też posiłek, na początku którego wzywamy imienia Ojca i Syna, i Ducha Świętego, mógł służyć naszemu dobru, ale także – aby nie zabrakło codziennego chleba tylu ludziom, którzy niestety głodują z powodu niesprawiedliwego podziału dóbr na świecie. I abyśmy także my sami potrafili dzielić się z innymi, nawet ze swego niedostatku udzielając jakiejś drobnej pomocy, to znaczy – abyśmy kształtowali w sobie postawę otwartego serca na potrzeby drugiego człowieka.
Zobaczmy – jak bardzo wiele znaczeń ma znak Krzyża, który czynimy, a właściwie – powinniśmy czynić wiele razy w ciągu dnia. Jak bardzo wiele treści w sobie zawiera. Czyniony w takcie różnych czynności, lub na ich początku, albo na końcu – oznacza zaadresowanie tej czynności do Boga. Jeżeli daną czynność wykonujemy w imię Boga, to znaczy, że – po pierwsze – nie może to być jakaś zła czynność, a po drugie: chcemy ją wykonać jak najlepiej; chcemy, aby z niej wynikła jak największa chwała Boża. Tak, na przykład, wszystkie dokumenty Kościoła większej wagi rozpoczynają się od wezwania imienia Bożego.
Nie wspominając już o tym, że od tego znaku, od wezwania tego Imienia, rozpoczyna się każda modlitwa, ale to jest raczej oczywiste, bowiem cała modlitwa jest adresowana do Boga. Niemniej jednak, znak Krzyża, wezwanie imienia Trójcy Świętej – musi nas mobilizować do tego, abyśmy jak najbardziej poważnie potraktowali modlitwę, przykładając się do niej rzetelnie. Nie może to być jedynie „klepanie” wyuczonych tekstów, ale rozmowa serca. Bo przecież czynimy to w imię Boże. I do samego Boga się zwracamy.
Dobrze też byłoby, abyśmy jak najczęściej w ciągu dnia wzywali tego Imienia. Nie w sposób niedbały – to absolutnie wykluczamy – ale w sposób skupiony i serdeczny. Jeżeli bowiem z serca wzywamy imienia Bożego, jeżeli przyzywamy go w momentach zarówno trudnych, jak i tych radosnych, to jest to modlitwą. Bo modlitwa to nie tylko pacierz i Różaniec. Modlitwą są także tak zwane akty strzeliste, a więc krótkie wezwania, skierowane do Boga; krótkie jednozdaniowe modlitwy, jak na przykład: „Jezu, ufam Tobie!”. Ale takim aktem strzelistym może być – i jest – każde pobożne, świadome wezwanie imienia Bożego. I dobrze byłoby, abyśmy takiego dobrego nawyku nabrali, abyśmy chcieli jak najczęściej przyzywać tego świętego Imienia – z uwagą i pobożnością!
Nie zapominajmy: Nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni. Myślę, moi Drodzy, że nam wszystkim potrzeba przemyślenia od nowa naszego odniesienia do imienia Bożego. Nam się nieraz wydaje, że to nic takiego, kiedy sobie – ot, tak – powiemy: „O Jezu!”, „O Boże!”, „Jezus Maria!”, „Rany Boskie!”. Myślimy sobie, że jeśli nawet jest to grzech, to taki niewielki, niegroźny…
Może rzeczywiście nie jest to grzech jakiś groźny, ale niedbalstwo jest tu znaczne! Bo nawet jeżeli nie będziemy mówili o zawinionym lekceważeniu – często bowiem wypowiadamy te słowa bezwiednie – to jednak zaniedbanie jest dosyć poważne. Moi Drodzy, naprawdę jest to Imię święte, Imię wielkie, Imię jedyne w swoim rodzaju! Nie wolno nam go lekceważyć, ono nie może zejść do poziomu przerywnika w naszych rozmowach, przecinka, albo – wspomnianego już – przekleństwa. A my nawet się nieraz z tego grzechu nie spowiadamy.
Zacznijmy tak na poważnie, tak na sto procent szanować imię Boże, doceńmy wielkość i świętość tego Imienia. Dostrzeżmy moc w nim ukrytą. Przecież egzorcyzmy, a więc modlitwy Kościoła o uwolnienie człowieka od złego ducha, nie są niczym innym, jak właśnie – wezwaniem nad tym człowiekiem imienia Jezusa. Bo to w nim jest nasze zbawienie. Tego imienia boi się szatan. I w tym Imieniu – tylko w nim – jest cała nasza radość i nadzieja!
Tak więc – jak nas zachęca Jezus w dzisiejszej liturgii Słowa – skoro jesteśmy Jego imieniem naznaczeni, mamy to Imię szanować, stawać się coraz bardziej godnymi tego Imienia, w to Imię mamy podejmować wszystkie swoje prace i zamiary, rezygnując z tych naszych słów i działań, których się nie da pogodzić ze świętym imieniem Pana. Mamy się też stawać coraz bardziej podobnymi do Chrystusa, którego imię nosimy jako Jego ludzie. I mamy wzywać tego Imienia zawsze tylko z miłością i skupieniem.
W ten sposób najpełniej i najlepiej odpowiemy na miłość Jezusa, dobrego Pasterza – miłość skierowaną do każdego z nas po imieniu. Tylko w ten sposób nawiążemy z Jezusem pełną i skuteczną współpracę.
Nie ma [bowiem] w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni.

sobota, 21 kwietnia 2018

Obyśmy zaufali do końca - zawsze!


Szczęść Boże! Moi Drodzy, w Miastkowie dzisiaj ostatni dzień nabożeństwa czterdziestogodzinnego. Niestety, jak wspomniałem, nie cieszy się ono zbyt dużą popularnością – pomimo tylu zachęt i przypominania ze strony nas, Duszpasterzy. Widać z tego, jak trudno człowiekowi przełamywać pewne zadawnione schematy myślenia i przyzwyczajenia. My natomiast – razem z Księdzem Profesorem Adamem Kulikiem, prowadzącym to nabożeństwo – cieszymy się z tych, którzy przychodzą i z całej naprawdę pięknej atmosfery, towarzyszącej temu świętemu wydarzeniu.
Wczoraj, na przykład, przyszła większość naszej Służby liturgicznej, chociaż nie mieli tego w ramach wyznaczonych obowiązków. Było też trochę Kandydatów do Bierzmowania, chociaż też wielokrotnie podkreślałem na ostatnim spotkaniu, że serdecznie zapraszam, ale absolutnie nie zobowiązuję. Ksiądz Profesor w swoich naukach wciąż podkreśla, że w całej inicjatywie chodzi o spotkanie z żywym Jezusem i zaczerpnięcie ze zdroju Jego łaski, a nie o zachowanie tradycji, lub podbijanie statystyk. I chyba coraz więcej Osób przyjmuje te pouczenia.
Jednak to wszystko pokazuje, że być może znowu stajemy się Kościołem, w którym duszpasterstwo zacznie się koncentrować na pojedynczych osobach, a nie na rzeszach wiernych… Obaj wierzymy, że dzięki wiernemu trwaniu tych, którzy znaleźli czas dla Jezusa, cała Parafia duchowo zyska… Oby!
Gaudium et spes! Ks. Jacek

Sobota 3 Tygodnia Wielkanocy,
do czytań: Dz 9,31–42; J 6,55.60–69

CZYTANIE Z DZIEJÓW APOSTOLSKICH:
Kościół cieszył się pokojem w całej Judei, Galilei i Samarii. Rozwijał się i żył bogobojnie, i napełniał się pociechą Ducha Świętego.
Kiedy Piotr odwiedzał wszystkich, przyszedł też do świętych, którzy mieszkali w Liddzie. Znalazł tam pewnego człowieka imieniem Eneasz, który był sparaliżowany i od ośmiu lat leżał w łóżku. Piotr powiedział do niego: „Eneaszu, Jezus Chrystus cię uzdrawia, wstań i zaściel swoje łóżko!” I natychmiast wstał. Widzieli go wszyscy mieszkańcy Liddy i Saronu i nawrócili się do Pana.
Mieszkała też w Jafie pewna uczennica imieniem Tabita, co znaczy Gazela. Czyniła ona dużo dobrego i dawała hojne jałmużny. Wtedy właśnie zachorowała i umarła. Obmyto ją i położono w izbie na piętrze. Lidda leżała blisko Jafy; gdy więc uczniowie dowiedzieli się, że jest tam Piotr, wysłali do niego dwóch posłańców z prośbą: „Przyjdź do nas bez zwłoki”.
Piotr poszedł z nimi, a gdy przyszedł, zaprowadzili go do izby na górze. Otoczyły go wszystkie wdowy i pokazywały mu ze łzami w oczach chitony i okrycia, które zrobiła im Dorkas za swego życia. Po usunięciu wszystkich Piotr upadł na kolana i modlił się. Potem zwrócił się do ciała i rzekł: „Tabito, wstań!” A ona otwarła oczy i zobaczywszy Piotra, usiadła. Piotr podał jej rękę i podniósł ją. Zawołał świętych i wdowy i ujrzeli ją żywą.
Wieść o tym rozeszła się po całej Jafie i wielu uwierzyło w Pana.

SŁOWA EWANGELII WEDŁUG ŚWIĘTEGO JANA:
W synagodze w Kafarnaum Jezus powiedział: „Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a krew moja jest prawdziwym napojem”.
Wielu spośród Jego uczniów, którzy to usłyszeli, mówiło: „Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?”
Jezus jednak świadom tego, że uczniowie Jego na to szemrali, rzekł do nich: „To was gorszy? A gdy ujrzycie Syna Człowieczego, jak będzie wstępował tam, gdzie był przedtem? Duch daje życie; ciało na nic się nie przyda. Słowa, które Ja wam powiedziałem, są duchem i życiem. Lecz pośród was są tacy, którzy nie wierzą”.
Jezus bowiem od początku wiedział, którzy to są, co nie wierzą, i kto miał Go wydać. Rzekł więc: „Oto dlaczego wam powiedziałem: Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli mu to nie zostało dane przez Ojca”. Odtąd wielu uczniów Jego się wycofało i już z Nim nie chodziło. Rzekł więc Jezus do Dwunastu: „Czyż i wy chcecie odejść?”
Odpowiedział Mu Szymon Piotr: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga”.

Słuchając uważnie obu tekstów dzisiejszych czytań mszalnych, z pewnością zauważamy to zderzenie – z jednej strony – wielkiej radości, jaką wśród uczniów wywołało uzdrowienie Eneasza i i wskrzeszenie Tabity, o czym powiedziane było w pierwszym czytaniu; z tą – z drugiej strony – totalną dezorientacją, a nawet swoistym rozczarowaniem, czy wręcz zgorszeniem, jakie zapanowało wśród uczniów Jezusa po Jego tak zwanej mowie eucharystycznej, a więc nauce, dotyczącej spożywania przez ludzi Jego Ciała i picia Jego Krwi.
A przecież jedno i drugie poruszenie – tak to radosne, jak i to pełne niepokoju – wywołał ten sam Jezus tą samą swoją mocą i tą samą miłością do człowieka. Aż trudno w to uwierzyć! Bo kontrast pomiędzy jednym, a drugim przesłaniem, naprawdę wydaje się znaczący!
Oto bowiem, tak uzdrowienie, jak i wskrzeszenie, nie budzą żadnych wątpliwości, gdy idzie o ich znaczenie, sens i cel. Natomiast zapowiedź spożywania przez ludzi Ciała i picia Krwi Jezusa musiała – na tamtym etapie – wzbudzić przynajmniej zdziwienie. Jak słyszymy, wzbudziła dużo więcej krytycznych reakcji, efektem których było odejście od Jezusa tak wielu dotychczasowych uczniów i słuchaczy.
Apostołowie nie odeszli, ale i oni z całą pewnością niczego nie zrozumieli z tego, co się działo i co ich Mistrz wtedy powiedział. A w tym kontekście, słowa Piotra: Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Bogauznać trzeba za wyraz naprawdę wielkiego zaufania do Jezusa i wielkiej mądrości, jaką się Apostoł wykazał.
Owszem, my wiemy, że nie zawsze jego wypowiedzi były mądre, często wynikały wprost z jego niezwykle żywiołowego temperamentu, przez co nieraz szybciej coś powiedział, niż pomyślał, ale akurat ta dzisiejsza wypowiedź była naprawdę najlepszym wyjściem z trudnej sytuacji, bo pomogła nie tylko samemu Piotrowi, ale wszystkim Apostołom odnaleźć się w sytuacji tak po ludzku bardzo trudnej.
I tylko możemy zastanowić się i zapytać, dlaczego Jezus chciał wtedy poprowadzić uczniów taką drogą – taką trudną drogą? Dlaczego mówił takie rzeczy, których – pomimo najszczerszych chęci – naprawdę nie dało się wówczas zrozumieć? Dlaczego pozwolił, żeby tamtego dnia tak wielu od Niego odeszło i już z Nim dalej nie chodziło: dlaczego nie wyjaśnił im, co miał na myśli; nie zaproponował, żeby jeszcze poczekali, a On im wszystko wytłumaczy i będą mogli zostać – dlaczego tak postąpił? Podczas kiedy przy innej okazji rozmnażał chleb, uzdrawiał chorych, wskrzeszał umarłych i czynił wiele jeszcze innego dobra – takiego dobra, co do którego nie było żadnych wątpliwości, iż jest to dobro i za jakie wszyscy je uważali?
Czy nie wygląda to trochę tak, że Jezus powstrzymuje nadmierny entuzjazm, jaki ewentualnie mogłyby wywołać dokonywane przezeń znaki, dlatego co i raz daje jakiś trudny znak czy trudne słowo, aby ostudzić rozgorączkowane głowy?
Może i tak, ale trzeba przyznać, że w takim razie ta dzisiejsza reakcja ludzi, którzy odeszli i postanowili już więcej nie towarzyszyć temu dziwnemu Nauczycielowi – to jednak znak, że Jezus zagrał va banque! Poszedł na całość! Było to z Jego strony cięcie bez znieczulenia! Dlaczego zdecydował się na to?
I dlaczego w naszej codzienności jesteśmy w stanie wskazać takie momenty, które dobitnie świadczą o niosącym radość i nadzieję działaniu Boga – nierzadko działaniu wręcz cudownym – a znowu przy innych okazjach naprawdę łapiemy się za głowę i zastanawiamy się, o co chodzi, co powiedzieć, jak zareagować… Dlaczego tak jest? I jakie Bóg ma wobec nas plany? Dlaczego prowadzi nas tak różnymi drogami?…
Niech On sam pomoże nam to zrozumieć… A przynajmniej zaufać, że skoro tak chce, to wie, czego chce i dokąd nas prowadzi… Obyśmy nie bali się tego zaufania! I byśmy nie szli za Jezusem tylko wtedy, kiedy to jest na swój sposób łatwe i wiąże się z doraźną korzyścią, a znowu nie obrażali się i nie odwracali od Niego, kiedy czegoś nie zrozumiemy, albo z jakimś Jego słowem lub działaniem się nie zgodzimy…
Obyśmy zaufali do końca – zawsze!